baobaba

Zagadnęłam panią od smażonych bananów czy zna kogoś kto może pożyczyć mi motocykl na dwa/trzy dni. Na północ od Morondava można pojechać tylko samochodem 4×4, a ja bardzo chciałam się sprawdzić na afrykańskich piaszczystych drogach. Powiedziałam że chcę dotrzeć przynajmniej do Rezerwatu Kirindy. Wieść rozeszła się po wsi. Po dwóch godzinach stałam już na drodze z trzema mężczyznami – szwagrami znajomymi i kolegami pani od bananów i motocyklem (zwykły klasyk 125, wystarczający). Panowie poprosili bym się przejechała, wiedziałam że chcą sprawdzić czy w ogóle potrafię jeździć. Motocykl nie miał kluczyka i kilku jeszcze detali, odpalał się „z kopa”. Uruchomiłam go, ale mi zgasł. Cmoknęli z dezaprobatą. Za drugim razem elegancko wystartowałam, dwójka, trójka, nawrotka na końcu wsi, rozpędzenie się, warknięcie silnikiem na wysokości jury oceniającego – to im się spodobało! Zaliczka za dokumenty. Jadę.

Do Alei Baobabów jest doskonale, jak przejazd królowej, ludzie stojący szpalerem, machający, pozdrawiający, dobra droga, wiatr we włosach, pełne szczęście. Potem okolica pustoszeje, zaczynam grzęznąć w sypkim piasku, ślizgać się, przewracać, wstawać, odkopywać, pchać, ciągnąć i tak całe długie kilometry. Do tego coraz trudniej jest mi uruchomić motocykl. Po którejś tam godzinie na jakimś totalnym pustkowiu zakopuję się na amen. W pełnym słońcu, upale, w gęstym parzącym powietrzu nawet ptak się nie odezwie. Rozklejam się i na nowo zbieram w garść. Rozmówiłam się z motocyklem, poklepałam po baku, wychodzimy znowu na prostą. Ale silnika już nie daje rady odpalić. Przykucnęłam w cieniu pod krzakiem i postanawiam czekać. Po jakimś czasie na drodze niczym fatamorgana pojawia się rozmazana postać – chłopak z siekierą. W zasadzie nie zamieniamy słowa, wiadomo o co chodzi, jest motocykl i kobieta, stoją, nie jadą, a okolica ani urokliwa, ani przyjazna odpoczynkowi. Pokazuje, że nie potrafi odpalać z nogi, ale że mnie popcha, może zaskoczy. Zaskoczył. Kilkanaście kilometrów dalej scenariusz się powtarza. Znosi mnie na piasku i ląduję w wydmie. Wygrzebuję się spod motocykla, ciągnę go na drogę, stawiam w poprzek i czekam. Gdy zobaczyłam wielką ciężarówkę wypchaną ludźmi, tnącą przez te piaski jak na Paryż-Dakar, pomyślałam że rzuciło mi się na mózg. Ale nie. Lokalny transport na miarę warunków drogowych. Wesoły kierowca majstruje coś przy moim motorze, odpala, poklepuje serdecznie, patrzą jak ruszam. Idzie mi coraz lepiej, uskuteczniam autorskie techniki jazdy w trudnych warunkach. Mija mnie pan na motorze, trzymam się go, podglądam jak i którędy jeździ, co robi z nogami, jak siedzi. Gdy docieram w końcu do campu przy Rezerwacie, witają mnie jak żołnierza idącego z frontu. I tak też wyglądam.

Kolejnego dnia ściągają dla mnie jakiegoś mistrza od jednośladów. Dmucha, czyści, odpala, jeździ. Maszyna jest gotowa. Postanawiam wracać jadąc od wioski do wioski, tam zawsze znajdzie się ktoś pomocny. I ten dzień uważam za najbardziej magiczny z całego pobytu tutaj. Sama jazda już mnie nie przerasta, sama z siebie jestem dumna. Zaglądam do tak nieoczywistych miejsc, że naprawdę czuję się jak odkrywca. W tych wioskach jestem zjawiskiem. Wysoka biała kobieta sama na motorze. To pewnie porównać tylko można do gadającej żaby skaczącej przez płonącą obręcz. Parkuję motocykl na obrzeżach wioski, zbiegają się wszystkie zaciekawione dzieciaki, towarzyszą mi w obchodzie osady, wszystkich pozdrawiam i macham, kucam w cieniu centralnego drzewa, obok panowie grają w domino, czasami by zbratać się z ludźmi, kupuje mango, albo placka, to daje mi pretekst by usiąść tam razem z nimi. W największy skwar, w samo południe zajeżdżam do kolejnej wsi, tam kobiety wskazują mi miejsce do leżenia pod największym drzewem. Pokazują bym się rozłożyła i odpoczęła. Słyszę jak rozmawiają, padają słowa „vazaha”/obcokrajowiec i „mora mora”/powoli. Bo takim właśnie jestem białasem, co powoli sobie wraca do Morondava. Tam leżąc pod tym drzewem jest mi najlepiej. Na koniec uzupełniają mój bidon wodą, mężczyźni oglądają maszynę, wychodzą wszyscy z chatek.

Niezależność, wolność jaką daje motocykl jest niewyobrażalna. Wierzę, że ta jazda do Kirindy otwiera nowy rozdział w moim podróżowaniu. Amen.

2 odpowiedzi na „“baobaba””

Dodaj komentarz