być jak Kukuczka i Rutkiewicz

Mt Boby 2700 m.n.p.m. – drugi najwyższy szczyt Madagaskaru. Takie szczyty to ja jem na śniadanie, góra niewiele wyższa ode mnie – pomyślałam i tak jak stałam, tak z przewodnikiem, dwoma porterami i parą Chilijczyków ruszyłam na cztery dni zdobywać szczyt. Śmiesznie, wesoło, lekko i ciepło było do momentu wdrapania się na pierwsze wypłaszczenie, gdzie to doświadczyliśmy prawdziwego załamania pogody i góry pokazały, że nie ważne czy duże czy małe, należy mieć względem nich dużo pokory. Słońce zginęło gdzieś za ciężkimi chmurami, zerwał się porywisty lodowaty wiatr, z nieba lał się strumień wody, z widoków można było podziwiać najdalej swoje paznokcie. Do pierwszego campu doszliśmy przemoknięci i przemarznięci. Skromną wiatę musiały dzielić trzy „ekspedycje”. Wyglądaliśmy jak plemię koczownicze, albo jak ci nieliczni co przeżyli katastrofę samolotową w Andach. Ubrania schły porozwieszane nad ogniskiem, mokre pomarszczone stopy powystawiane do ognia, każdy pozakładał na siebie wszystko suche co znalazł, zawinął się dodatkowo w ręcznik i śpiwór, w garach postawionych w ogniu gotował się rosół na gwoździu. Z chłopakiem z Chile trochę żartem, trochę naprawdę czując klimat i zaczynając rozumieć nieludzkie ludzkie decyzje, zastanawialiśmy się czysto hipotetycznie, którego z szerpów zjedlibyśmy pierwszego. Pierwszą zjedliśmy kurę. Aby mięso nie popsuło się po drodze – niesie się żywego ptaka. Po tym można szacować wielkość zbliżającej się na szlaku grupy – po ilości niesionych przez portera kur. Los tych kur przypomina trochę życie starego Indianina, który udaje się wysoko w góry by dokonać swojego żywota.

W nocy było tak zimno, że byłam przekonana że tutaj na tym Madagaskarze, na wysokości 1900 m.n.p.m., w środku lata spadnie śnieg. Gdy zasypiałam w moim super przewiewnym namiocie i oddychającym śpiworze, gdy tak leżałam zwinięta w kłębek to ostatnią moją myślą było, że właśnie w takiej pozycji zwykle znajdują w śniegach Andów te zamarznięte mumie.

Kolejny dzień nie przyniósł poprawy pogody, następny zresztą również. Zdecydowaliśmy się mimo wszystko zdobywać szczyt i iść dalej na drugą stronę łańcucha górskiego. Byłam w Szkocji, Walii, mogłam być gdziekolwiek, przez gęstą mgłę nie widziałam absolutnie nic. A Park Narodowy Andringitra jest uważany za najpiękniejszy na Madagaskarze. Trekking może nie należy do najłatwiejszych, ale widoki rekompensują trud. My podziwialiśmy mikro świat spod naszych nóg: dżdżownice, kolorowe żuki, kwiatuszki, kamyczki.

Schodząc z gór, na pewnej wysokości świat nagle się odczarował, wpadliśmy w upał, słońce i intensywne kolory krajobrazu, jakby doświadczenia ostatnich dni były tylko złym snem. Puściła adrenalina, pojawiły się zakwasy. Plecak mokrych ubrań, mokre buty, katar i przeziębienie były dowodem przebytej drogi.

________________
Moje kanapowe pisanie, czyli takie które powstaje w domu po powrocie z podróży a nie jest zapisem wydarzeń z frontu, jest jednak zupełnie inne i ja chyba jakoś mniej je lubię.

3 odpowiedzi na „“być jak Kukuczka i Rutkiewicz””

Odpowiedz na „Konrad