Archiwa kategorii: Izrael

sekret narodu wybranego

W krainie przedziwności Roniego w Mitzpe Ramon wydarzyło się jeszcze coś wyjątkowego – rozmowa z kolegą Roniego bytującym gdzieś nad Morzem Martwym. Roni chciał nam życie poukładać, pomagał z całych sił, robił wszystko by nasza dalsza podróż przez Izarael była równie niezapomniana jak wyprawa z nim przez pustynię.

Siedziałyśmy wieczorem w jego ogródku, w tym całym beduińskim namiocie gdy Roni przybiegł i podał mi słuchawkę gestem mówiącym „weź rozmawiaj”. Bardziej potłuczonej rozmowy w życiu nie przeprowadzilam, w zasadzie nie wiadomo było o czym gadać, ale człowiek ten zdążył powiedzieć mi jedną kluczową dla naszych dalszych losów rzecz, po czym połączenie zostało urwane, zapewne jemu się rozładował telefon. Powiedział że musimy wypożyczyć samochód w Beer Sheva, bo dalej jest z tym ogromny problem. Chwilę później już miałyśmy zarezerwowanego przez Internet malutki samochodzik i od tego momentu nasze podróżowanie zyskało nowy wymiar wolności czasoprzestrzennej. Zwłaszcza po ostatnich próbach złapania stopa, w drodze powrotnej z trekkingu przez krater Ramon, zapragnęło nam się jeszcze bardziej by to samochód czekał na nas a nie my na samochód. Pustynia to pustynia, rzadko tędy coś przejeżdża. W oczekiwaniu na cokolwiek można było spokojnie się rozłożyć na szosie z książką.

Pustynia Negev

Gdy już jakiś litościwiec zabrał nas do samochodu, okazało się że tam już siedzi jakiś inny autostopowicz lokales. Zadałam mu standardowe pytanie rozgrzewające – o ulubione miejsce w Izraelu i ten podzielił się z nami tajemnicą. Opowiedział nam o tajemnym miejscu nad Morzem Martwym, miejscu na uboczu, z dala od turystów, znanym przeważnie tylko Izraelczykom. Prosił by nie rozpowiadać o nim w Polsce. Więc i ja tutaj na blogu powiem wam w sekrecie że to miejsce nazywa się Kedam i proszę o dyskrecję. Samo miejsce może nawet nie jest tak ciekawe jak właśnie ta aura magii i tajemniczości wokoło. Jest plaża do której trzeba dojechać trochę po wertepach, zjechać z głównej szosy, która nagle strzeliście zaczyna piąć się w górę, a właśnie ta mała ścieżyna wytrwale biegnie wzdłuż wybrzeża. Przy plaży są kałuże z wodą z goracych źródeł które tutaj wybijają. Idealna miejscówka na grilla i piwko, bo można pogrzać się jak w jacuzzi w dziurze a potem trzy kroki dalej ochłodzić się w morzu. Jednak gdy szukając drogi kogokolwiek zapytałyśmy się o to miejsce, ludzie poważnieli, przyglądali nam się podejrzliwie, po czym odpalali że nie wiedzą gdzie to jest, mimo że całe ich ciało przeczyło temu co mówiły usta. Najbardziej intrygująca usłyszana odpowiedź to ta sprzedana w pakiecie z mroczną historią o dziwnych poparzeniach na które uskarżali się ostatnio ludzie kąpiący się w źródłach. Pobrano podobno próbki wody ale nic w nich nie znaleziono. Niby żeśmy to wyśmiały ale jakoś żadnej kąpać się nie chciało w tych źródłach i podziwiałyśmy miejsce z daleka.

W Beer Sheva miałam chwilę na dworcu autobusowym by poprzyglądać się młodzieży wracającej do koszar po szabacie i odrobinę podumać nad tą obowiązkową służbą wojskową w Izraelu. Bo tutaj każdy, dziewczyny i chłopaki w wieku 18 lat zaczynają dwuletnią służbę. Jedni mówią że zabiera im się najlepsze dwa lata życia, a mi się wydaje że jest zupełnie odwrotnie. Bo to nie jest wojsko jakie my pamiętamy z naszego polskiego podwórka, z falą, ociekające testosteronem i z bujającymi się wielkimi pomponami na chustach pijanych żołnierzy wychodzących w woja. Tutaj wojsko to koedukacyjna szkoła w której uczą młodych ludzi języków, geografii, kultur świata, patriotyzmu i ideologii, z survivalowym treningiem kształtującym ciało i umysł. Jest to kuźnia charakteru i hartu ducha, wojskowa musztra i zabawa w wojnę podlana jest sosem kobiecej łagodności. Jest to też miejsce, w którym odpowiednio fałduje się mózgi młodych ludzi w kontekście konfliktu palestyńskiego, ale ten temat pozwolę sobie zaparkować i dysputy wojennej nie wywoływać.
Koedukacyjne wojsko. W powietrzu wiruje testosteron, seksapil, miłość, beztroska, dorosłość i młodzieńcze szaleństwo. Widziałam tam grupy fantastycznych przyjaciół, młodych ludzi na dwuletnim obozie survivalowym. I do tego ta pełna stylówa jak z filmu Top Gun – beżowe lekkie mundury, czyste i wyprasowane, okulary słoneczne Rey Ban, śnieżnobiały podkoszulek, skórzany pasek i ciężkie buty. Marynarski worek na plecach i ciężki karabin na ramieniu.

I po takim wstępie dochodzimy do kwestii niepodważalnej – naród żydowski jest niewątpliwie narodem wybranym, bo obdarzonym unikalnym genem urody. Na świecie czegoś podobnego nie widziałam. Każda, każdy jeden jest okazem piękna nie z tej ziemi. Ciemna arabska karnacja o łagodnych europejskich rysach. I to wojsko to właśnie sprawia, że każdy facet jest tam stuprocentowym mężczyzną. Ze świecą szukać metro seksualnych samców w obcisłych jeansach, szaliczkiem wokół szyi i fryzurą z przedziałkiem. Byle parkingowy wygląda jak u nas Mister Universe. W takich okolicznościach przyrody ja nie miałam nic przeciwko gdy na kolejnym check poincie skierowali nas na kontrolę, trzepanie, sprawdzanie plecaków, obwąchiwanie samochodu przez psy i to wszystko w asyście sztabu mundurowych. A jak trzeba było pobiec wymienić bilecik na parkingu u pana w budce, to wszystkie trzy byłyśmy gotowe by tam pobiec.

No ale gdzie my jesteśmy. Zgubiłam wątek fabularny tego wpisu. Ano my jesteśmy w tym pożyczonym samochodzie którym jedziemy nad Morze Martwe. Ale o tym jak znowu znajdę moment pomiędzy mailami, praniem a spacerem.
______________________________________
Zupełnie inaczej pisze się relacje z podróży siedząc już na kanapie w domu. W trybie urlopowym zwiedza się mega intensywnie. Człowiek chce się nachapać tych wrażeń, słońca, wolności a ma tylko niecałe dwa tygodnie. Więc gna do przodu póki sił starczy i pada wieczorem ze zmęczenia i z przebodźcowania.
Okazuje się, że ja nie potrafię pisać o podróżach siedząc w domu a nie będąc w drodze.Tak mam, że potrzebuję wiatru we włosach, słońca, egzotycznych zapachów by pisać prawdziwie.
Dlatego też opowieść z Izraela kończy się jak hejnał mariacki.

Jedna odpowiedź na „“sekret narodu wybranego””

  1. Wspaniały kawałek. Jak to jest, że my, ludzie światli, unikamy uogólnień i generalizowania, bo one są dla głupków piszących komentarze na pudelku, ale jednak w końcu zawsze okazuje się, że każdy naród ma swoje wspólne geny, swoje znaki szczególne, np. tacy piękni Żydzi. To zresztą bez pudła i wyjątku najinteligentniejsza nacja, z jakiej przedstawicielami zdarzyło mi się spotkać, umysłowo pobrałam od nich tony. Więc jak to w końcu jest?? Strasznie jestem ciekawa Twoich obserwacji, bo przecież masz do nich ponadprzeciętnie wiele okazji. Pozdrowienia!

Odpowiedz na „blAga

 

Pustynia Negev jak odważnik

Urlopowe tempo podróżowania, przemieszczania, naćkania atrakcjami, intensywnością doznań nie daje czasu na pisanie. Wieczorem padam jak zabita. Ale dzisiaj przypomniały mi się stare dobre czasy, tak oto mamy 1:30 w nocy a ja siedzę w śpiworze na ławce przy recepcji. Ławkę wymościłam sobie poduszkami z krzeseł z kuchni. Musiałam ewakuować się z łózka w pokoju bo pluskwy się zniuchały i zaczęły mnie wypijać. Znalazłam tym samym chwilę na pisanie, bo spania sobie nie wyobrażam.

Mimo że Izrael to kraj azjatycki, jest on kulturowo bardzo europejski. Ale to właśnie dzięki temu pierwiastkowi orientu można tutaj jeszcze przeżyć przygodę na miarę dalekich egzotycznych podróży.

Zapragnęła nam się wyprawa jeepem po odludnych zakamarkach pustyni Negev. Jeszcze z Polski temat ogarniałam i śmiało mogę przyznać że mam dar wynajdowania przedziwnych ludzi, robiących rzeczy te same co inni ale w niezapomniany, na swój dziwny sposób. Roni z którym mailowałam był najbardziej kompetentny, jak na Izrael tani i oddany temu co robił. Maile od niego to była prawdziwa literatura – te  sienkiewiczowskie opisy przyrody sprawiały że już widziałam to co dopiero zobaczyć miałam. Wzięłyśmy. Przygoda zaczęła się w zasadzie jak tylko wysiadłyśmy z autobusu i zapytałyśmy o ten namiot gościnny Roniego co to jest nad kraterem (całe miasteczko Mitzape Ramon w pewnym momencie się dosłownie urywa, bo wisi nad 300 metrowym kanionem). Pokazano nam zabudowania po drugiej stronie drogi szybkiego ruchu. I w sumie wszystko się zgadza: namiot beduiński jest, tyle że współczesne namioty beduińskie są budowane z czego bądź, konstrukcje na bazie gumki recepturki, blachy falistej oraz filcowej wykładziny, a lokalizacja nad kraterem znaczy tyle że jest to ogródek na tyłach domu Roniego, Mati, ich trójki dzieci i psa Lady. Sam Roni wygląda jak pensjonariusz w schronisku Brata Alberta. Zarośnięty, zaschnięty, uśmiechnięty. Popatrzyłyśmy się po sobie i jakby nigdy nic, bez zaskoczenia brnęłyśmy dalej. Przy herbacie ze świeżymi ziołami starałyśmy się doprecyzować plan naszej wycieczki, ale Roni tylko powtarzał ostatnie zdanie z mojego maila: że to jego rola by nasze dwa dni wypełnić atrakcjami i uczynić nasz pobyt niezapomnianym. I że mamy mu zaufać. By zobrazować w czym rzecz, podał mi stojący pod ręką odważnik (to teraz możecie sobie wyobrazić jak wygląda miejsce w którym pod ręką są takie rzeczy jak ołowiany odważnik), który był niewielki, jednak na tyle ciężki że ręka jakby nie doszacowała wysiłku jaki musi wsadzić w jego utrzymanie i spadała szubko ku ziemi. To jest właśnie iluzja…. – powiedział. I jeśli ktoś z was zrozumiał, odkodował tą metaforę odważnika i naszego planu wycieczki to bardzo proszę o maila.

My postanowiłyśmy zaufać Roniemu i wyruszyliśmy na dwudniowy tour w najbardziej odludne zakamarki Negev. Wyprawę zaczęliśmy małym samochodem osobowym, którym Roni wywiózł nas na peryferia Mitzpe Ramon gdzie czekał jeep do dalszej przeprawy. Jeep nie mógł wjechać po nas do miasta bo kierowca jeepa – Beduin Salem, jak się okazało, nie miał prawa jazdy. Do bagażnika osobówki oczywiście nie wszystko się zmieściło, we trójkę ledwo my zmieściłyśmy się na tylnym siedzeniu, pod nogami trzymając plecaki, a na kolanach, za głowami – rolowane materace, koce i śpiwory. Nie było opcji by podziwiać jakiekolwiek widoki przez okno, Agnieszka z tego ścisku i dopchania bagażami dostała ataku klaustrofobii, Kaśka – ataku alergii na kurz. Potem było już tylko lepiej i jeszcze bardziej zaskakująco. Przestałyśmy już nawet dopytywać o kolejne punkty programu, gdyż odpowiedź na jakiekolwiek pytanie była tak poetycko-mistyczno-pokrętna że aż bez sensu. Zjechaliśmy z głównej drogi i przez długi czas jechaliśmy po prostu na przełaj przez pustynię, przez kamieniste wzgórza, wyschnięte koryta rzeczne. Krajobraz z każdym kilometrem mniej przypominał Ziemię a coraz bardziej Marsa.

Nasz łazik zatrzymywał się na każde nasze zawołanie a także gdy Roni zaordynował podziwianie, spacer, rozprostowanie nóg, szukanie kamiennych malowideł albo skamielin po pra morzu. Ja jednak miałam największe szczęście do wszelkich niewypałów. Wojsko powinno mnie zatrudnić do wykrywania wszelkich tego rodzaju niebezpieczeństw. Z każdego księżycowego spaceru przynosiłam różnego kalibru amunicję:

Gdy tylko znaleźliśmy środek niczego, tam rozbiliśmy obozowisko na noc. Tylko my i noc i cisza piszcząca w uszach. Jak ekspedycja poszukująca wody na księżycu.

k

Okazało się że Roni zanim został przewodniko-szamano-kontemplatorem świata był politykiem a jeszcze wcześniej- szefem kilku restauracji, z czego kilka z nich zaszły bardzo wysoko w najróżniejszych gastronomicznych rankingach. Stąd wyobrażacie sobie jak obłędne jedzenie wyczarował w tym naszym ognisku. Z tej tony pudełek, pojemników i słojów które ze sobą woziliśmy powstała smakowita uczta pod gołym niebem, doświetlona płaskim światłem księżyca w pełni. To światło dawało uczucie planu filmowego, gdzie realny jest tylko pierwszy plan a drugi to już malowana zastawka, trochę jak obraz Panoramy Racławickiej, mocno teatralnie.

Grzebiąc patykiem w ognisku, grzejąc kolejne czajniki herbaty prowadziliśmy rozmowy o życiu, przejedzeniu, pustynnym zimnie nadchodzącym od tyłu. Roni w pewnym momencie zwrócił się do nas z takim oto wyznaniem, że zgodnie z literą prawa musi nas poinformować że pali marihuanę w celach leczniczych i ma pozwolenie na jej posiadanie. Po zażyciu swojego lekarstwa, przy użyciu wodnej fajki skonstruowanej z butelki po coca coli, rozmowy wpłynęły na bezkresny ocean świadomości i podświadomości. Szarą eminencją całego tego wyjazdu był Salem – nasz kierowca Beduin, który mówił tylko po hebrajsku a Roni tłumaczył nam co dziesiątą jego wypowiedź. Wykluczało to go z jakiejkolwiek rozmowy. Jednak reagował on na dwa polskie słowa – szklanka i herbata. Nie dlatego że znał ich znaczenie ale brzmiały mu one z hebrajskiego. I coś w tym faktycznie jest.

Kolejnego dnia zgodnie z szabatowym pustynnym czasem, czyli trzy godziny później niż planowaliśmy, zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy okrężną drogą w kierunku cywilizacji. Ponieważ jednym z punktów programu była wioska beduińska to po prostu pojechaliśmy do Salema do domu. Stamtąd mięliśmy jakąś osobówką wrócić do miasteczka (ponieważ Salem nie ma prawa jazdy i nie może wjechać do miasta). Jednak akurat szabat pokrył się z jakimś muzułmańskim świętem i Roni miał poważny problem by jakiegoś znajomka namówić na przysługę. Gdy po dłuższym czasie na horyzoncie pojawił się w końcu jakiś samochód, nadzieja poderwała nas z odrętwienia. Ale gdy okazało się że samochód nie jest po nas, tylko z jakimś na szybko zorganizowanym jedzeniem dla nas, pomyślałam że to zły znak. Zdążyliśmy wrócić do Mitzpe przed zachodem słońca który był spektakularny. Krater Ramon to jedno z piękniejszych miejsc jakie widziałam.

Kolejna noc w beduińskim namiocie w ogródku u Roniego okazała się być nieprawdopodobnie odprężająca i wygodna. Spałyśmy jak zabite. Roni uważa że to dzięki energii z kamieni które przywozi z pustyni i które stanowią element dekoracji i wystroju namiotu (zaraz obok skrzynek po CKMach i butelek wypełnionych warstwami kolorowego piasku z okolic krateru).

Odpowiedz na „blAga

 

Izrael – wieści z frontu

Witam. Majubaju nadaje na nowych krótkich falach urlopowych.

Relacja z podroży dookoła świata trwa, bo nie uważam tej podróży za zakończoną. Chwilowo zatrzymałam się na nieco dłużej w egzotycznym kraju Polska, gdzie podjęłam pracę, prowadzę się trochę spokojniej, dni są bardziej poukładane, dieta została urozmaicona o twarożek i razowiec, wieczory o spotkania z przyjaciółmi, garderoba o sukienki i niewygodne buty, w których się dobrze wygląda ale kiepsko chodzi.

Izrael w nagrodę za wysiedzenie pół roku w jednym miejscu. Izrael bo pojawiła się promocja i mnie aż wszystko zaswędziało na jej widok. Gdy tylko kupiłam bilet, przez ciało przeszła fala ukojenia. Zaspokojony został głód przygody. Podróże uzależniają, a ja jestem beznadziejnym przypadkiem tego nałogu.

Izrael, bo przyszła pora by odwiedzić poznanych w trasie wyjątkowych i wyjątkowo mi bliskich ludzi. Mikiego powinniście pamiętać z moich relacji z Panamy. Tam to pewnej nocy wylądowałam w jakiejś wiosce w górach, w pewnym hostelu w którym prócz mnie był tylko jeden gość. Właścicielka zostawiła nam klucze, bo nie widziała sensu siedzenia na recepcji i doglądania pustawego miejsca. Tym pierwszym hotelowym gościem był właśnie Miki – sześćdziesięcioparoletni (to chyba najdłuższe polskie słowo jakie znam) Izraelczyk, elegancki, starszy, mądry, ciepły pan, który od samego początku otoczył mnie wyjątkową troską. Przez kilka kolejnych dni towarzyszyliśmy sobie nawzajem, wypuszczając się nawet na dwudniowy trekking przez dżunglę. Od tamtej pory mamy ze sobą regularny serdeczny kontakt i oto przyszła pora by się w końcu znowu spotkać.

Lądowałam w Tel Avivie o 3:00 w nocy. Normalny człowiek nie jest nawet świadomy istnienia takiej godziny. To ten nieokreślony czas, gdy wraca się do ciepłego łóżka z nocnego siku. Dla mnie nocne loty to nie pierwszyzna i mam na to już swój patent: po wylądowaniu spanko na lotnisku do 7:00 (najlepiej przy jakiejś kamerze monitorującej by ktoś miał mnie i mój bagaż na oku), poranna toaleta w hali odlotów, promocyjny zestaw śniadaniowy w którejś z kawiarni albo w Maku i jazda elegancko dziennym autobusem do hostelu by zostawić bagaż i ruszyć w miasto mając przed sobą cały dzień. Tak też wyglądał mój plan na Tel Aviv. Pozostali towarzysze podróży mieli dolecieć wieczorem więc planowałam ten dzień spędzić z Mikim i jego żoną. Ten oczywiście nawet nie chciał słyszeć o takim rozwiązaniu. Razem z Haną stawili się po mnie na lotnisku, mimo że mieszkają sporo pod Tel Avivem, a nawet jak się później okazało bliżej Strefy Gazy niż Tel Avivu. Przywitali, zapakowali, przywieźli, zaparzyli herbaty, wjechały słodkości, prezenty, wypłynęły wspomnienia i historie z międzyczasu i tak zastał nas wschód słońca.

Nie wiem kiedy zasnęłam ale wiem co mnie obudziło. Nalot. Jak na froncie. Huk przelatujących nisko samolotów. Ale to nie był taki hałas samolotów jak na lotnisku, to był huk żywcem wyjęty z filmów wojennych, kronik filmowych. Już w samochodzie Miki zapytał się mnie czy nie bałam się przyjeżdżać do Izraela w kontekście trwającego konfliktu palestyńskiego, działań wojennych. Odpowiedziałam, że samo to iż on z Haną żyją tutaj szczęśliwie, wychowują wnuki, urządzają sobie rowerowe eskpady po kraju, spacerują po plaży jest dla mnie wystarczającym dowodem na to, że jednak niebezpieczeństwo jest umiarkowane. Prawda jest taka, że u nas temat ciągnącego się konfliktu jest już zapomniany, ginie w tłumie ważniejszych, bardziej spektakularnych wydarzeń, jak Syria, Smoleńsk czy biust Natalii Siwiec. Moja czujność też przez to została uśpiona i nie przypuszczałam że jest to tak aktywna wojna i regularne ostrzały. A że Miki mieszka 30 kilometrów od Strefy Gazy to jest świadkiem codziennych nalotów. Do śniadania również nie widziałam związku pomiędzy wojną a poklejonymi do siebie  taśmą klejącą kafelkami w eleganckiej łazience w ich domu. 3 tygodnie temu 10 kilometrów od nich miał miejsce tak potężny wybuch, że zaczęła im się odklejać glazura. I tak właśnie rano przy kubku kawy, paście z tuńczyka, ogórka kiszonego i jajka, miseczce oliwek dowiedziałam się że podczas porannych ostrzałów został ranny pracownik wykonujący jakieś prace na terenach przygranicznych. Opowiadali o tym jak o przeczytanej właśnie prognozie pogody. A gdy zapytałam że jak to przecież to niebezpieczne, że tak blisko, że to wszystko dzieje się tuż za ich płotem, dowiedziałam się że każdy ma tutaj w domu schron. O tym schronie opowiadali jak o piwniczce na wina, o czymś tak oczywistym jak lodówka w kuchni czy garaż na samochód. Oczywiście nie dałam im skończyć jeść, musiałam natychmiast zobaczyć taki schron domowy, który tutaj ma każdy. Pomieszczenie w piwnicy za pancernymi drzwiami, z dostępem do bieżącej wody, z włazem na zewnątrz, z wentylacją, z grubymi na pół metra ścianami. Bez luster, żyrandoli, kafelek. Z przyklejoną wojskową mapą Izraela. Miki z żoną trzymali tam jeszcze pralkę. Normalka.

Jeśli pojawia się niebezpieczeństwo ataku, dostają SMSowo informację o konieczności natychmiastowego udania się do schronu. Ostatnio mieli szczęście, bo taką wiadomość dostali, gdy akurat odwiedzali córkę w Panamie.

I długo to trawiłam. To że dla nich normalność to naloty, schron w domu i smsy z informacją o niebezpieczeństwie ataku. I że to jest tak samo normalne jak wyprowadzanie psa czy mycie samochodu w myjni. Że większym echem odbijają się tylko ostrzały obiektów takich jak przedszkole, szpital, droga ekspresowa. Cała reszta ucicha lokalnie, wspomniana co najwyżej przez „Głos Mokotowa”.

Po całym dniu spędzonym razem w Tel Avivie Miki i Hana odstawili mnie wieczorem pod hostel, gdzie miałam się spotkać z pozostałymi współtowarzyszami podróży. Miejscówkę do spania znalazłam nam super, z polecenia, zaraz przy plaży, w samym centrum miasta, relatywnie niedrogo, a to pewnie dlatego że sąsiaduje ściana w ścianę z ambasadą USA :)

Odpowiedz na „blAga