Archiwa kategorii: Madagaskar

być jak Kukuczka i Rutkiewicz

Mt Boby 2700 m.n.p.m. – drugi najwyższy szczyt Madagaskaru. Takie szczyty to ja jem na śniadanie, góra niewiele wyższa ode mnie – pomyślałam i tak jak stałam, tak z przewodnikiem, dwoma porterami i parą Chilijczyków ruszyłam na cztery dni zdobywać szczyt. Śmiesznie, wesoło, lekko i ciepło było do momentu wdrapania się na pierwsze wypłaszczenie, gdzie to doświadczyliśmy prawdziwego załamania pogody i góry pokazały, że nie ważne czy duże czy małe, należy mieć względem nich dużo pokory. Słońce zginęło gdzieś za ciężkimi chmurami, zerwał się porywisty lodowaty wiatr, z nieba lał się strumień wody, z widoków można było podziwiać najdalej swoje paznokcie. Do pierwszego campu doszliśmy przemoknięci i przemarznięci. Skromną wiatę musiały dzielić trzy „ekspedycje”. Wyglądaliśmy jak plemię koczownicze, albo jak ci nieliczni co przeżyli katastrofę samolotową w Andach. Ubrania schły porozwieszane nad ogniskiem, mokre pomarszczone stopy powystawiane do ognia, każdy pozakładał na siebie wszystko suche co znalazł, zawinął się dodatkowo w ręcznik i śpiwór, w garach postawionych w ogniu gotował się rosół na gwoździu. Z chłopakiem z Chile trochę żartem, trochę naprawdę czując klimat i zaczynając rozumieć nieludzkie ludzkie decyzje, zastanawialiśmy się czysto hipotetycznie, którego z szerpów zjedlibyśmy pierwszego. Pierwszą zjedliśmy kurę. Aby mięso nie popsuło się po drodze – niesie się żywego ptaka. Po tym można szacować wielkość zbliżającej się na szlaku grupy – po ilości niesionych przez portera kur. Los tych kur przypomina trochę życie starego Indianina, który udaje się wysoko w góry by dokonać swojego żywota.

W nocy było tak zimno, że byłam przekonana że tutaj na tym Madagaskarze, na wysokości 1900 m.n.p.m., w środku lata spadnie śnieg. Gdy zasypiałam w moim super przewiewnym namiocie i oddychającym śpiworze, gdy tak leżałam zwinięta w kłębek to ostatnią moją myślą było, że właśnie w takiej pozycji zwykle znajdują w śniegach Andów te zamarznięte mumie.

Kolejny dzień nie przyniósł poprawy pogody, następny zresztą również. Zdecydowaliśmy się mimo wszystko zdobywać szczyt i iść dalej na drugą stronę łańcucha górskiego. Byłam w Szkocji, Walii, mogłam być gdziekolwiek, przez gęstą mgłę nie widziałam absolutnie nic. A Park Narodowy Andringitra jest uważany za najpiękniejszy na Madagaskarze. Trekking może nie należy do najłatwiejszych, ale widoki rekompensują trud. My podziwialiśmy mikro świat spod naszych nóg: dżdżownice, kolorowe żuki, kwiatuszki, kamyczki.

Schodząc z gór, na pewnej wysokości świat nagle się odczarował, wpadliśmy w upał, słońce i intensywne kolory krajobrazu, jakby doświadczenia ostatnich dni były tylko złym snem. Puściła adrenalina, pojawiły się zakwasy. Plecak mokrych ubrań, mokre buty, katar i przeziębienie były dowodem przebytej drogi.

________________
Moje kanapowe pisanie, czyli takie które powstaje w domu po powrocie z podróży a nie jest zapisem wydarzeń z frontu, jest jednak zupełnie inne i ja chyba jakoś mniej je lubię.

3 odpowiedzi na „“być jak Kukuczka i Rutkiewicz””

Odpowiedz na „Konrad

 

love krowe

z pisaniem z drogi w Afryce jest tak, że albo nie masz warunków do pisania, albo nie masz czasu, bo odsypiasz, ponieważ jak nie było warunków do pisania, to najczęściej też nie było warunków do spania.

ja jestem już w Polsce i chcę bardzo skończyć opowieść o Madagaskarze, póki jeszcze we mnie buzuje.

w Ambalavao co tydzień w środę i czwartek odbywa się największy w kraju targ zebu. czyli dzisiaj też tam tak to wygląda. i to lubię w podróżowaniu, że zdobywasz świadomość istnienia tego miliarda równoległych rzeczywistości, że możesz zamknąć oczy i wyobrazić/przypomnieć sobie co też teraz dzieje się w Ambalavao. bo co tydzień wygląda to identycznie.

z obszaru o promieniu 100km ciągną do tej wsi stada zebu, wyszorowane krowy przeznaczone na sprzedaż. przy wejściu na teren targowiska krowy stają się bardziej hop do przodu niż ich bosy pasterz – dostają czipa w ucho i niezbędne szczepienia. zwierzęta następnie wpuszczane są na wielkie klepisko, na którym to wszyscy robią co mogą, by krowy im się nie wymieszały. a to łatwe nie jest, bo zebu stoi jak to ciele, rozkraczone sika pod siebie, po czym nagle obija mu szajba, wpada na szalony pomysł i biegnie ku wolności, wzniecając popłoch w całym stadzie. to podrywa się do biegu, trochę nie wiedząc w którą stronę, rozpierzcha się na boki, pasterze zaklęciami starają się ogarnąć ten chaos, zaganiają, za ogon chwytają. jest to tak komiczne, że śmieją się wszyscy i każdy chce w tym cyrku uczestniczyć, miejscowi przychodzą na targowisko dla rozrywki, kupują sobie wystruganego kijaszka i pomagają pasterzom utrzymać stado w kupie. i gdyby nie to, że porwałam się na zdobywanie drugiego najwyższego szczytu Madagaskaru i już czekał na mnie przewodnik z porterami, to i ja bym zaopatrzyła się w patyk i tam z nimi tych krów pilnowała. bo krowy to jedno, ale targ w Ambalavao ma coś z Janowa Podlaskiego. szyk, elegancja, kasa i klasa na miarę Madagaskaru. prochowce i kapelusze, dziurawe i przybrudzone. cekinowe czapeczki z daszkiem, nowe skóropodobne adidasy. moda ciucholandowa nieskalana światowymi trendami i konwencją. między tymi krowami dobija się grubych interesów (średnia sztuka kosztuje od 5 000zł, najdroższe są krowy białe, bo białe zarżnięte w ofierze zebu jest najmilej widziane przez duchy przodków).

ja po targowisku poruszałam się w asyście czterech chłopców, z którymi wcześniej na murku zjadłam reklamówkę pełną liczi.

4 odpowiedzi na „“love krowe””

Odpowiedz na „Konrad

 

baobaba

Zagadnęłam panią od smażonych bananów czy zna kogoś kto może pożyczyć mi motocykl na dwa/trzy dni. Na północ od Morondava można pojechać tylko samochodem 4×4, a ja bardzo chciałam się sprawdzić na afrykańskich piaszczystych drogach. Powiedziałam że chcę dotrzeć przynajmniej do Rezerwatu Kirindy. Wieść rozeszła się po wsi. Po dwóch godzinach stałam już na drodze z trzema mężczyznami – szwagrami znajomymi i kolegami pani od bananów i motocyklem (zwykły klasyk 125, wystarczający). Panowie poprosili bym się przejechała, wiedziałam że chcą sprawdzić czy w ogóle potrafię jeździć. Motocykl nie miał kluczyka i kilku jeszcze detali, odpalał się „z kopa”. Uruchomiłam go, ale mi zgasł. Cmoknęli z dezaprobatą. Za drugim razem elegancko wystartowałam, dwójka, trójka, nawrotka na końcu wsi, rozpędzenie się, warknięcie silnikiem na wysokości jury oceniającego – to im się spodobało! Zaliczka za dokumenty. Jadę.

Do Alei Baobabów jest doskonale, jak przejazd królowej, ludzie stojący szpalerem, machający, pozdrawiający, dobra droga, wiatr we włosach, pełne szczęście. Potem okolica pustoszeje, zaczynam grzęznąć w sypkim piasku, ślizgać się, przewracać, wstawać, odkopywać, pchać, ciągnąć i tak całe długie kilometry. Do tego coraz trudniej jest mi uruchomić motocykl. Po którejś tam godzinie na jakimś totalnym pustkowiu zakopuję się na amen. W pełnym słońcu, upale, w gęstym parzącym powietrzu nawet ptak się nie odezwie. Rozklejam się i na nowo zbieram w garść. Rozmówiłam się z motocyklem, poklepałam po baku, wychodzimy znowu na prostą. Ale silnika już nie daje rady odpalić. Przykucnęłam w cieniu pod krzakiem i postanawiam czekać. Po jakimś czasie na drodze niczym fatamorgana pojawia się rozmazana postać – chłopak z siekierą. W zasadzie nie zamieniamy słowa, wiadomo o co chodzi, jest motocykl i kobieta, stoją, nie jadą, a okolica ani urokliwa, ani przyjazna odpoczynkowi. Pokazuje, że nie potrafi odpalać z nogi, ale że mnie popcha, może zaskoczy. Zaskoczył. Kilkanaście kilometrów dalej scenariusz się powtarza. Znosi mnie na piasku i ląduję w wydmie. Wygrzebuję się spod motocykla, ciągnę go na drogę, stawiam w poprzek i czekam. Gdy zobaczyłam wielką ciężarówkę wypchaną ludźmi, tnącą przez te piaski jak na Paryż-Dakar, pomyślałam że rzuciło mi się na mózg. Ale nie. Lokalny transport na miarę warunków drogowych. Wesoły kierowca majstruje coś przy moim motorze, odpala, poklepuje serdecznie, patrzą jak ruszam. Idzie mi coraz lepiej, uskuteczniam autorskie techniki jazdy w trudnych warunkach. Mija mnie pan na motorze, trzymam się go, podglądam jak i którędy jeździ, co robi z nogami, jak siedzi. Gdy docieram w końcu do campu przy Rezerwacie, witają mnie jak żołnierza idącego z frontu. I tak też wyglądam.

Kolejnego dnia ściągają dla mnie jakiegoś mistrza od jednośladów. Dmucha, czyści, odpala, jeździ. Maszyna jest gotowa. Postanawiam wracać jadąc od wioski do wioski, tam zawsze znajdzie się ktoś pomocny. I ten dzień uważam za najbardziej magiczny z całego pobytu tutaj. Sama jazda już mnie nie przerasta, sama z siebie jestem dumna. Zaglądam do tak nieoczywistych miejsc, że naprawdę czuję się jak odkrywca. W tych wioskach jestem zjawiskiem. Wysoka biała kobieta sama na motorze. To pewnie porównać tylko można do gadającej żaby skaczącej przez płonącą obręcz. Parkuję motocykl na obrzeżach wioski, zbiegają się wszystkie zaciekawione dzieciaki, towarzyszą mi w obchodzie osady, wszystkich pozdrawiam i macham, kucam w cieniu centralnego drzewa, obok panowie grają w domino, czasami by zbratać się z ludźmi, kupuje mango, albo placka, to daje mi pretekst by usiąść tam razem z nimi. W największy skwar, w samo południe zajeżdżam do kolejnej wsi, tam kobiety wskazują mi miejsce do leżenia pod największym drzewem. Pokazują bym się rozłożyła i odpoczęła. Słyszę jak rozmawiają, padają słowa „vazaha”/obcokrajowiec i „mora mora”/powoli. Bo takim właśnie jestem białasem, co powoli sobie wraca do Morondava. Tam leżąc pod tym drzewem jest mi najlepiej. Na koniec uzupełniają mój bidon wodą, mężczyźni oglądają maszynę, wychodzą wszyscy z chatek.

Niezależność, wolność jaką daje motocykl jest niewyobrażalna. Wierzę, że ta jazda do Kirindy otwiera nowy rozdział w moim podróżowaniu. Amen.

2 odpowiedzi na „“baobaba””

Odpowiedz na „Konrad

 

klasa druga nieturystyczna

Pociąg z do Manakary, trzynaście godzin, wagon klasy drugiej – nieturystycznej, a w nim przede wszystkim zapachy ludzi, niedomykającej się toalety, zwierząt, towarów wszelakich, kolory ubrań wygrzebanych na tą okazję z biednej szafy, płacz dzieci, nawoływania sprzedawców stojących pod oknami oraz tona serdeczności oraz szarmanckości względem jedynego białego, w dodatku kobiety, podróżującego jak oni. Aby jakoś wytrzymać temperaturę i zapachy wybrałam sobie miejsce stojąco-kucane zaraz przy drzwiach, w których kto się nie zmieścił, to wisiał na zewnątrz. I to miejsce było święte, jak tylko ktoś w nim stanął, reszta przepędzała go mówiąc że tutaj to ja stoję. Podobnie z bagażem. Nie znalazłam dla mojego plecaka miejsca na półkach, więc postawiłam go między siedzeniami. Wystarczyło tylko by ktoś go dotknął, zaraz któraś skarżypyta donosiła mi o tym wołając „Maaadaam!”. I w tych drzwiach uczestniczyłam w załadunkach, rozładunkach, wyrzucaniu pasażerów na gapę, podawaniu dzieci matkom, wymianie bananów za bagietki. Siedziałam trochę na ziemi z nogami na zewnątrz, trochę na zorganizowanym dla mnie kanistrze z benzyną, miedzy koszami a bananami, trzymałam kury, odmawiałam zakupu koguta, byłam karmiona i zobowiązana do podzielenia się wszystkim co nabyłam na stacji, lub wyciągnęłam w plecaka.

Ale prawdziwą sensacją była moja schodząca skóra. Ramiona spaliło mi słońce i teraz całymi płatami linieję. Emocje towarzyszące odrywaniu małych kawałków mogłabym porównać do tych pojawiających się przy wyciąganiu oka czy odkręcaniu ręki. Musiałam ten numer powtarzać co stację, bo nowi pasażerowie dosiadali się i nie chcieli wierzyć opowieściom o białym ściągającym z siebie skórę i robiącym się jeszcze bielszym.

Jedna odpowiedź na „“klasa druga nieturystyczna””

Odpowiedz na „Konrad

 

sto lat Bill!

poznajcie proszę Billa (ten z prawej). ma 74 lata i od 20 lat jest w podróży. czas dla Billa zatrzymał się własnie wtedy, 20 lat temu. Bill ma formę pięćdziesięciolatka i zwykły aparat na kliszę. nie ma telefonu ani komputera, ma czas. podróżuje tak, jak kiedyś się podróżowało. do domu pewnie wysyła depesze.

Billa poznałam na dworcu dla minibusów w Manakara, jechał tam gdzie ja – do Ranomafana. pochwalił mi się nowym zakupem – różową koszulą wygrzebaną w tonie ciuchów przy dworcu. gdy dotarliśmy na miejsce, zdecydowałam się jechać jeszcze trochę dalej i rozbić namiot w campie przy parku narodowym, przy rzece. Bill stwierdził, że nie może pozwolić bym była tam sama i jedzie ze mną. i tak jechaliśmy za sobą dwa dni, zrobiliśmy wspólnie treking po parku narodowym. Bill zadawał wynajętemu przewodnikowi, który ledwo co był w stanie po angielsku nam się przedstawić, pytania w stylu „skąd kameleon bierze energię do zmiany kolorów”. I jak dziadek wnuczce opowiadał też godzinami o odległych wyspach na Pacyfiku i o tym jak w Hondurasie skroili mu na ciele ubranie maczetą szukając pieniędzy…

kiedyś jak będę już dorosła, to chcę być taka jak Bill.

2 odpowiedzi na „“sto lat Bill!””

Odpowiedz na „Konrad

 

wesoły autobus

przez całe ostatnie dwa dni byłam w drodze. można by pomyśleć, że dwa dni stracone w podróży. otóż nie. tutaj transport zajmuje tyle czasu, że jest osobnym rozdziałem w opowieści. bo to nie tylko widoki za oknem, ale życie w minibusie. a tutaj potrafią rozgrywać się prawdziwe ludzkie dramaty i ty stajesz jednym z bohaterów.

dzisiaj o 7:00 złapałam minibus do Fianaransoa. samochód szukając pasażerów robi kółka wokół „dworca”. w środku siedzi kobieta, przez okno rozmawia z mężczyzną który idzie równolegle z busem. kłócą się, awanturują na całego, ona rozedrgana z nerwów syczy, wydziera się, piany dostaje, on trochę podchmielony, zbiera słowa by wyartykułować myśl, trzyma się bardziej tego busa niż idzie za nim. wygląda na to, że ona go opuszcza, w znaczeniu jedzie sobie od niego. ruszamy, padają ostatnie mocne zdania, kobieta zamyka okno, ale nie może się uspokoić i dzieli się emocjami z pozostałymi siedzącymi w busie kobietami. i tutaj jak w programie „Rozmowy w toku” Ewy Drzyzgi sypią się rady, opinie, oceny. Gdy temat rozstał już rozpracowany i zapadła chwila przyjemnej ciszy, zadzwonił ten podchmielony. I znowu czy odebrać, czy nie, trwa dyskusja. Odebrała. Wszystkie nasłuchują, kiwają potakująco głowami. Po zakończonej rozmowie, zrelacjonowała wszystkim jej przebieg, na nowo rozgorzała debata.

jedziemy dalej. nagle inna kobieta z ostatniego rzędu zaczyna szlochać, krzyczy by się zatrzymać, wygląda jakby ją coś opętało, po głowach ludziom chodzi starając się natychmiast wydostać w busa. zawija się w chustę i biegnie z krzykiem w kierunku wioski. po minie kierowcy wnioskuje, że pojęcia nie ma o co chodzi. czekamy pół godziny, wystawiają jej rzeczy, zostaje z nimi jakiś mężczyzna.

dziewczynka daje znać, że chce wysiąść. zatrzymujemy się, ale ona nie jest pewna jednak czy to tutaj. jedziemy dalej. nie, jednak to było tam. wracamy. chociaż może to było jeszcze wcześniej, ona sama nie wie… wychodzimy z busa, każą jej się rozejrzeć, patrzeć na jedno zbocze góry, potem na drugie, na wioski w oddali, pytają czy to ta. ona stoi ogłupiała. pokazują mi, że jest jakaś teges, że wariatka. kobiety znowu dyskutują czy ją tutaj zostawić, czy nie, a jak to nie tutaj, od czasu do czasu zadają jej jakieś pytanie uzupełniające obraz sytuacji. ona sama decyduje się zostać tutaj i idzie w las.

potem wspólny posiłek w jednej z przydrożnych jadłodajni, wspólne zakupy węgla w workach lub liści eukaliptusa i gdy docieramy na miejsce to aż żal się rozejść, jakby się z kolonii wracało.

Jedna odpowiedź na „“wesoły autobus””

Odpowiedz na „Konrad

 

log man i książę z pałacem

ostatnie dni pamiętam przez pryzmat osób, które spotkałam:

- Sao – gdy dotarłam do Diego Suarez, po dwóch dniach w Parku Narodowym Ankarana i spaniu w chacie dającej schronienie wszystkim okolicznym robalom i szczurom, myślałam tylko o tym by znaleźć jakiś pokój z prysznicem. W normaleskiej kawiarni, stał przy kasie człowiek, który wyglądał mi na takiego co mówi po angielsku. Zapytałam czy może polecić jakiś hotel, w miarę przyzwoity, bo spałam już ze wszystkimi robakami Madagaskaru i chwilowo mam dosyć. I mówiłam to całą sobą, bo tego samego dnia do południa przeszłam w upale 15 kilometrowy szlak przez skały, jaskinie i chaszcze, a potem złapałam autostop do Diego. Wyglądałam dokładnie jak samochód terenowy, którym przyjechałam: wrak oklejony czerwonym błotem, z podartą tapicerką. Sao zapytał jaki mam budżet na hotel. Odpowiedziałam. Wyciągnął telefon, z kimś krótko porozmawiał, wyprowadził mnie na ulicę, zatrzymał tuk tuka, ustalił z kierowcą adres i cenę i poinformował mnie że oto pojadę do hotelu, który jest jednym z lepszych w mieście i za kwotę którą podałam mogę się tam zatrzymać, bo on jest jego właścicielem.

- człowiek z konarem – imienia nie znam. wybrałam się na jednodniowy trek „Trzema zatokami” w okolicy Diego. prosta sprawa. startujesz z jednego miejsca, idziesz wzdłuż wybrzeża do miejscowości Ramena. zrezygnowałam z wynajęcia przewodnika, przecież trzeba iść po prostu brzegiem. to myślenie zaprowadziło mnie w gęste zarośla, bo udeptana ścieżka której się trzymałam była wychodzona ale przez kozy. i tam też się spotkałyśmy, na leśnej polanie. postanowiłam iść dalej, a one za mną, aż musiałam sama przed sobą przyznać że totalnie się zgubiłam. kozy znudzone staniem, rozeszły się po krzakach. szłam w kierunku morza i na pierwszym przesmyku spotkałam człowieka z konarem. jak królik w krainie czarów. zapytałam: Ramena?, machnął ręką i kazał iść za sobą, zatrzymując się co jakiś czas i sprawdzając czy idę. trzeba było uważać, bo człowiek z sześciometrowym konarem „zachodził przy skręcie”.

Odpowiedz na „Konrad

 

podaruj sobie odrobinę luksusu

Najczystsze są kabiny znajdują się najdalej od wejścia do toalety. Nie prowadziłam żadnych statystyk potwierdzających tą tezę, ale odwiedziłam już wiele toalet na całym świecie i taka jest prawda. Uważam tę obserwację za cenną i od niej zacznę ten wpis.

Ląduję na Nosy Be, chyba najbardziej turystycznej z wysepek Madagaskaru, ale najłatwiej się na nią dostać i łatwo mimo wszystko znaleźć tutaj sobie cichy zakątek, a o to mi w tym momencie chodzi. Ja muszę zacząć ten wyjazd od wypoczynku, natychmiast.

Jest po sezonie, więc turystów niewielu, wszyscy stoimy w poczekalni przy taśmach na bagaże i jesteśmy bombardowani przez chmary latających chrabąszczy. Plaga egipska, obrzydlistwo. Ale ludzie są tak zaprogramowani już na bajkowe wakacje i rajskie plaże, że zdają się tego nie zauważać, ma być jak z folderu, wypierają wszystko co złe i brzydkie ze świadomości, stoją twardo wpatrzeni w przejeżdżające walizki. Sytuacja z taksówkami przed terminalem przypomina giełdę nowojorską. Wszyscy krzyczą, wymachują rękami, wołają do siebie, pokazują ci jakąś wymiętą kartkę – tabelę stawek z cenami z kosmosu, odsyłają jedni do drugiego, lamentują, negocjują, wyklinają. Przypomina to też trochę targ niewolników: w pierwszej kolejności schodzą ci którzy nie dyskutują z tabelą stawek, zgadzają się zapłacić zylion, jadą. Potem ci kombinujący, którzy zaczynają rozkminiać, by może zebrać się w cztery osoby i zapełnić jeden samochód jadący w danym kierunku, na samym końcu swojego kierowcę znajdują ci narzucający swoją cenę. Ja z góry założyłam, że zapłacę max 1/3 podawanej kwoty. Na początku w ogóle nie jestem traktowana poważnie, ale z czasem, gdy parking pustoszeje a terminal przylotów zaczyna świecić pustkami, zaczynają podchodzić do mnie ci wszyscy, który nie dobiegli w porę do eleganckich turystów pachnących gotówką. Jadę.

Miejsce które sobie na ten wypoczynek wybrałam, wytypowało się samo, po prostu wpisałam w google camping i Nosy Be. Jedno trafienie. Potem jeszcze tylko sprawdziłam jak to się ma względem turystycznego zagłębia uciech i kiczu – jest dokładnie po drugiej stronie wyspy, gdzie nie ma niczego. Idealnie. Jedziemy po jakiś wertepach, dawno zjechaliśmy już z głównej drogi okalającej wyspę. Jest już noc gdy docieram na miejsce. Niewiele widać, ciemno, wszystkie światła wygaszone. Ni ducha. Taxówkarz pyta się mnie czy mam rezerwację, czy ktoś wie o moim przyjeździe. Ja na to, że nie. Trąbimy, przybiega jakiś mężczyzna, kierowca tłumaczy mu, że chcę się tutaj rozbić z namiotem, ten trochę się dziwi, ale też uśmiecha, bierze mój plecak. Idziemy w kierunku plaży, na lewo i prawo stoją puste bungalowy, pomiędzy tym wszystkim palmy i mangowce. Mężczyzna każe mi wybrać sobie miejsce. Ja oczywiście rozbijam się centalnie przy plaży, między palmami, tak jak sobie wymarzyłam. Pytam się, czy ktoś tutaj jest z gości. Nie. W zasadzie są już zamknięci, jest po sezonie. Właściciela też nie ma, jest dzisiaj w mieście. Pytam o łazienkę. Pokazuje mi toaletę. Pytam o prysznic, pokazuje mi rurę sterczącą z ziemi na plaży i służącą, zgaduję, do opłukiwania się ze słonej wody. Liczyłam na coś bardziej hm … kameralnego… Dobra, co tam prysznic, kiedy to przeczuwam poważniejszy problem. Pytam, czy można coś zamówić do jedzenia. Nie, kucharz zmarł nagle dwa tygodnie temu, kuchnia też jest zamknięta. Trochę to zaczyna się robić śmieszne, trochę straszne, trochę jak z horroru: pusty ośrodek, nagła śmierć kucharza, nieobecność właściciela. Ale tam, pokazuje mi palcem rozświetlony punkt na plaży jakiś kilometr dalej, tam mogę zjeść obiad. Przy rozkładaniu namiotu przypałętało się do mnie jakieś bezpańskie szczenię, które podrapanie śledziem za uchem wzięło za akt dozgonnej adopcji i żwawo ruszyło ze mną, jak za swoją panią, w kierunku restauracji na drugim końcu plaży. Sto metrów przed celem zatrzymuję się i ciężko wzdycham. Bo oto owa restauracja jest wypasionym resortem all inclusive ze stolikami rozstawionymi na plaży, z pochodniami, świeczkami i koszami prawdziwych kwiatów, z muzykiem przygrywającym do kotleta, z roześmianymi ludźmi. I przy tym wszystkim ja z tą latarką i zapchlonym psem u boku, nadchodząca od strony morza, wyglądałam jak jakiś lokalny poławiacz krabów czy inny zbieracz muszli. Nic to, głód i pragnienie są silniejsze. Każe psu czekać, o dziwo zrozumiał, usiadł i patrzył jak odchodzę. Mijam taras na plaży z pięknie powystawianymi stolikami, przy każdym para nowożeńców, na pewno bo cały obrazek wygląda jak żywa reklama rajskiego ośrodka idealnego na miesiąc miodowy. W restauracji mówią że nie obsługują gości z zewnątrz, że nie mają nawet menu, mam iść na recepcję. Tam tłumaczę, że tak naprawdę są dla mnie jedyną opcją jedzeniową dzisiaj, jak nie oni to zostaje mi wioska kolejne 5 kilometrów dalej. Dzwonią do szefa, rozmawiają, po czym informują, że niestety nie mogę u nich zjeść, bo ośrodek zamknięty, bo all inclusive. We mnie się wezbrało, bo oto chyba właśnie tracę wiarę w ludzkość, odmowa z ich strony oznacza, że oto kilometr od tego ośrodka luksusu będę tam u siebie uzdatniała wodę tabletkami, by chociaż mieć dzisiaj czego się napić. Otwarcie im to mówię. Zadziałało. Posadzili mnie w pięknej sali restauracyjnej, dostałam swojego kelnera, trzy komplety sztućców, trzy szklanki, dwa kieliszki, otwarty bar sałatkowy, pierwsze, drugie, deser, dwie butle zimnej wody „na wynos” i rachunek na 15 euro, co uważam za najlepiej wydane tego dnia pieniądze. Ale jeszcze siedząc w tej sali i delektując się obiadem, przyglądając się tym szalenie eleganckim ludziom, widać że przebranym specjalnie na kolację, doświadczając tej napompowanej atmosfery luksusu, pomyślałam sobie, że gdyby tak teraz wparował tutaj na tą sale/patio ten mój kundel bury, zniecierpliwiony czekaniem, a najlepiej jakby po drodze wytarzał się w tej zdechłej rybie i wodorostach, co je tam mijałam. Ale byłaby heca! I gdy ci ludzie wstawali od stolików, brali klucze do swoich pokoi, pomyślałam o mojej rurze pełniącej rolę prysznica i że jeszcze nie wymyśliłam jak chce z niego skorzystać.

Noc na plaży przejdzie do niezapomnianych. Przejęty pan stróż, wyciągnął sobie leżankę i spał czuwając niedaleko mojego namiotu. Spałam jak dziecko, omiatana co jakiś czas światłem latarki troskliwego kompana, który kontrolował okolicę niczym latarnia morska. Rano budzę się i przez siatkę moskitiery widzę białego człowieka pochylonego nad moim namiotem. To Marcel – właściciel terenu, Szwajcar, od 15 lat bytujący na Madagaskarze. Wrócił późno w nocy, zaprasza na śniadanie. Przy stole bacznie i z niedowierzaniem mi się przygląda. Pytam o cenę za kamping, odpowiada że nie wie, bo jeszcze nikt u niego namiotem się nie rozbijał. Mówi, że to nie ma sensu, że domki stoją puste, za pół darmo oddaje mi który chcę. Miejsce jest rajskie, biorę domek i zostaję tutaj przez kolejne trzy dni.

5 odpowiedzi na „“podaruj sobie odrobinę luksusu””

  1. Internet zeznaje ze cena za dinner w tym hotelu (w ramach pakietu all inclusive) to 65 EUR wiec potraktowali Cie bardzo po ludzku z tymi 15-stoma ! Dalbym im like na tripadvisorze ;)

Odpowiedz na „Konrad

 

mora mora

Splądrowali mi bagaż gdzieś podczas tych wszystkich lotów, brakuje mi kilku drobiazgów, Air Madagaskar okazuje się że nie honoruje moich kart płatniczych, a jak w końcu docieram do przedstawicielstwa, to wszystkie bilety na loty krajowe, które mnie interesują są już wyprzedane, straszą mnie malarią i każą kupować tabletki, lunął pierwszy porządny deszcz, znak że pora deszczowa nie daruje mi tych kilku tygodni ładnej suchej pogody. Staram się zapanować nad tym wszystkim, biegam, szukam, załatwiam, kupuję, choć sprowadza się to do stania w gigantycznych korkach, czekania w kolejkach i poczekalniach. I do tego to poczucie uciekającego czasu, że przecież mam tylko cztery tygodnie na madagaskarską przygodę, a tutaj trzeci dzień już siedzę w stolicy. Jeśli o jakimś mieście można przeczytać, że jedną z jego atrakcji jest tor gokardowy, to wiedz że niewiele jest w nim do oglądania. A to właśnie między innymi piszą o stolicy Madagaskaru – Antananarivo.

Zatrzymałam się u Sylviane i jej rodziny. Znalazłam ją przez couchsurfing. Sylviane jest badaczką lemurów z tytułem doktora, żoną, matką dwojga małych dzieci, panią domu. Założyła swoją fundację zajmującą się ochroną środowiska i stara się ją prowadzić z domu, obwieszona dziećmi. Jestem z nimi w domu trzy dni i weszłam obiema nogami w ich świat. Śpię w pokoju z siostrzenicą Sylviane, wiem jak wejść tylnymi drzwiami do domu, gdy akurat nikogo nie ma, rano wcinam z nimi bagietkę z dżemem, wieczorem wspólną kolację. Z okazji mojego przyjazdu ugotowano regionalny klasyk – liście manioku z wołowiną. W smaku – intensywny posmak siana, zalatującego krową o konsystencji i kolorze szpinaku z wystającymi kośćmi. Każdy kęs kosztuje mnie wiele, zielenieje gdy na moim talerzu ląduje dokładka. Rozmowy z rodziną niespecjalnie wnoszą dużo w mój plan podróży, bo mimo wszystko lokalni ludzie podróżują mało, jeżdżą zwykle po rodzinie, inne krajobrazy uważają za atrakcyjne, nie bardzo orientują się w cenach i logistyce. Ale to nie ważne, dam sobie radę i bez tego. Bezcenne jest to siedzenie w ich domu. Domu w użyciu, czyli poplamionym, przybrudzonym, ale nie zaniedbanym, po prostu nie sterylnym, nie zagraconym masą gadżetów i ozdób jak nasze domostwa. Bezcenne jest na przykład też to, że widzę jak po śniadaniu gosposia staje na dwóch połówkach łupin kokosowych i sunie na nich po parkiecie niczym łyżwiarka figurowa, polerując w ten sposób podłogę.

By dostać się od nich z domu do miasta, trzeba najpierw przejść przez trzy podwórka i zostać równo obszczekanym przez lokalne psy pilnujące swoich posesji. Potem już tylko busikiem godzina jazdy w korku. Bo na wąskich ulicach Antananarivo musi zmieścić się pieszy, riksza, wóz z zaprzęgniętym zebu, stare zdezelowane citroeny jeżdżące tutaj jako taxi oraz nieskończona ilość busików. To wszystko porusza się w tempie najwolniejszego ogniwa – pieszego. Potem wysiadasz i idziesz przez miasto. Nigdy sam, bo oto cokolwiek zostanie omiecione twoim spojrzeniem – dostaje nóg i idzie za tobą. I tak jeśli choć przez nano sekundę spoglądałeś na zestaw nożyczek leżących na przydrożnym straganie, sprzedawca zaraz je porywa i biegnie za tobą, licząc że może jednak się skusisz. W ten sposób przemierzam miasto w towarzystwie obrusa, lipcowego wydania magazynu TIME, miotły, czy dziesięciopaku papieru toaletowego.

Taksówkarz zagaduje mnie skąd jestem, gdzie jadę i czy nie chcę może wynająć sobie kierowcę na czas mojego pobytu. Odmawiam, mówiąc szczerze że wolę tak ciasno i niewygodnie ale lokalesko z miejscowymi busikami międzymiastowymi przejechać cały ten Madagaskar. Zapunktowałam, pan się uśmiecha szczerze, mimo że właśnie stracił klientkę. I właśnie w takim po Afryce podróżowaniu fajne jest to że możesz być i królem i biedakiem. Możesz na bogato prowadzić się i kupować za pieniądze dosłownie wszystko, a możesz pobiedować razem z resztą. Siadam na zacienionej werandzie którejś z kawiarni w pięknym pokolonialnym budynku. Wokoło sami ekspaci, biznesmeni i lokalna klasa wyższa. Trochę pachnie czasami kolonializmu. Od ulicy oddzieleni jesteśmy wysokimi bambusami w doniczkach, by nikt z ulicy nas nie nagabywał i by schować na tymi krzakami brud i hałas ulicy, prawdziwe oblicze miasta. Dostaję swoją kawę i ciastko, jestem obsługiwana z wszelkimi należnymi honorami. Jestem damą. Płacę 3 euro i idę na bazarek naprzeciwko by znaleźć tę kobietę z miską sałatki z mango na głowie, która przemazała mi się gdzieś przez te zarośla. Kupuję za złotówkę porcję tego przysmaku, pakuje mi ją w woreczek, dostaję widelczyk, chwilę jeszcze z nią siedzę na krawężniku, bo staram się dociec składników tego rarytasu (jest to niedojrzałe ale już żółte mango, niesłodkie ale już o posmaku dojrzałego owocu, twarde i chrupkie, starte w słupki, z cebulką, solą, sokiem z limonki i piekącym finiszu papryczki). To przeskakiwanie pomiędzy światami, jest afrykańskim doświadczeniem samym w sobie, swoistą lekcją życia i obycia. Dobrze mieć w sobie pierwiastek każdej z tych rzeczywistości.

- mora mora – tak moją frustrację skwitowała Sylviane. To moje rozżalenie, że biletów nie ma, że muszę wracać do miasta po latarkę, że deszcz pada, że jeszcze nie ruszyłam dalej. Mora mora, czyli lokalne „spokojnie, spokojnie”, jest nie tyle słowem co określeniem stanu ducha i ciała. Mentalności Afryki. Nie przejmowanie się. Co ma być to będzie. Nie jest to pewnie koło napędowe rozwoju gospodarczego regionu, ale sposób na przetrwanie, pogodzenie się z losem i pewnie trochę usprawiedliwienie lenistwa.

- wy macie zegarki, my mamy czas – dodaje. I przypominam sobie o tym, kiedy po dwóch godzinach w korku, docieram w końcu na lotnisko, by za wybłagany bilet polecieć na północ. Jestem dwie godziny przed odlotem, bo tak kazała pani w okienku. Przyjeżdżam i dowiaduje się że samolot odleci za 5 godzin. Bo tak wyszło. Gotuje się we mnie, siadam na ławce przed terminalem, wyciągam książkę ale nie jestem w stanie się skupić, dym złości uchodzi mi uszami. Jestem nakręcona jak sprężyna, w moim świecie wszystko działa jak w zegarku, trybiki chodzą równo, jest jak zaplanuję. I to wszystko rozbija się tutaj na milion części. Chyba godzinę zajmuje mi przetrawienie tematu. Dociera do mnie, że sama się nakręcam, że nie jest tak fajnie jakbym chciała, tylko przez moje nastawienie. I oto cud, schodzi ze mnie złość, przeklikuje mi się coś w głowie, wskakuję w tryb mora mora. Patrzę na podirytowanych współpasażerów, patrzę dalej za płot lotniska, myślę sobie że w zasadzie nie mam pojęcia co tam jest i w sumie to dobrze, że mam jeszcze tych kilka godzin. A tam za płotem niespodzianka – głęboko we wsi wielkie wydarzenie – walki kogutów. Przerażające ale zawsze ciekawe. Z nimi tam spędzam kolejne godziny. I w tym trybie mora mora postanawiam funkcjonować. Nie planuję za bardzo, szyję na miejscu z tego co mam.

Jedna odpowiedź na „“mora mora””

  1. mora mora (Madagaskar), pole pole (Kenia), manana (Ameryka Poludniowa). Wyglada na to, ze tylko nasza europejska kultura wymaga od nas pospiechu i zycia z zegarkiem w reku. Czasami jednak wystarczy pojezdzic po swiecie, aby ten zatracony czas znalezc :)

Odpowiedz na „Konrad