Archiwa kategorii: Senegal

błogosławieni cierpliwi

Gwałt przez uszy, tak nazwać można kwieciste sex oferty, których muszę wysłuchiwać kilka razy dziennie.
Przychodzi dzień, w którym moja anielska cierpliwość do lokalnych chłopaków oferujących swoje sexusługi się kończy, zaczyna rozumieć, że albo podejmę jakiś radykalny krok albo tutaj z nimi oszaleję. Mam w plecaku namiot, dmuchany materac, nóż i miskę, czyli w zasadzie wszystko co pozwoli mi być wszędzie, gdziekolwiek, dlaczego zatem nie pojadę w siną dal, trochę pieszo, trochę busikiem, tak jak to zrobiłam w Zimbabwe, gdzie było doskonale. W Kolda czekam, aż uzbiera się samochód chętnych by pojechać do kolejnego miasta i tak krok po kroku, coraz dalej. Aż przychodzi do mnie kierowca i pyta czy nie wspominałam mu, że chcę finalnie dotrzeć do Dar Salam, bo oto stała się rzecz nieprawdopodobna, wszyscy pasażerowie, którzy się zgłosili, też tam jadą. Jeśli tak, to on nas jeszcze dzisiaj tam dowiezie. No, myślę sobie, to znak – obrałam właściwy kierunek i los mnie pcha do przodu. Nie wiem jaki to był dystans do pokonania, nie ma to znaczenia, bo w Afryce na przejechanie piętnastu kilometrów można stracić całe popołudnie.

Ciekawe, że oni tutaj z chwilą zatrzaśnięcia za sobą drzwi pojazdu zapadają w stan swoistej hibernacji, nie potrzebują przystanków, nie jedzą, nie piją, może nawet nie oddychają. Siedzą, trwają. I pewnie wzięlibyśmy tą trasę Kolda – Dar Salam na raz, gdyby nie to, że jednym z pasażerów jest jakiś wyższy rangą duchowny muzułmański, który potrzebuje zatrzymywać się na czas modlitwy i to nie byle gdzie, dywanik pod krzaczkiem pomarańczy przy szosie, tylko pod jakimś konkretnym meczetem. To ratuje mi życie, bo mam okazję by znaleźć i sklepik z wodą i toaletę i wyprostować nogi. Drogi tutaj są piaszczyste, albo ceglasto czerwone, a samochody są rzęchami bez klamek, okien, tapicerki. Po dziesięciu godzinach takiej jazdy w słońcu, jestem czerwona jak cegła, przegrzana jak piec. W środku nocy docieram do bramy Parku Narodowego Niokolo – Koba i niewielkiego campement tuż obok. Po długim dobijaniu się bramę otwiera mi zaspana senegalska mamma. Na mój widok załamuje ręce w geście „Dziecko drogie…”. Domyślam się jak wyglądam, sama pod warstwą kurzu ledwo co poznałam własny plecak. Mamma sadza mnie na plastykowym krzesełku, staramy się rozmawiać, ale gestem pokazuję jej że muszę się natychmiast położyć. Wskazuje mi miejsce gdzie mogę rozbić namiot, jej synowie pomagają mi go rozstawić. Gdy budzę się rano okazuje się że śpię pod drzewami mango, obwieszonymi jak bożonarodzeniowa choinka ciężkimi już owocami, przed wejściem do namiotu leżą te najbardziej dorodne niczym śniadanie podane do łóżka.

Po długich chwilach szczęścia, bo oto jestem w pięknym miejscu otoczona pięknymi ludźmi, przychodzi zimny prysznic i złe wiadomości. W Dar Salam, mimo że na mapie jest to kropka tej samej wielkości co Cap Skiring nie ma ani banku ani poczty, a oba miejsca potrzebuję natychmiast odwiedzić. W Dar Salam nie ma nic, prócz dwudziestu krytych strzechą glinianych okrągłych chatek, studni i szlabanu – granicy Parku Narodowego. A ja nie mam pieniędzy, muszę wymienić dolary. Czeka mnie jazda z powrotem przynajmniej do Tambacounda. Przybiega do mnie jeden z synów mammy, mówiąc, że z parku właśnie wyjechał samochód z Kanadyjczykami, że jadą do Tamba, więc może się z nimi zabiorę. Pędzę. Para badaczy prowadzących dwuletnie badania nad populacją pawianów w Parku właśnie się zbiera do dalszej drogi. Rozmawiamy, mówią że raz na miesiąc wyjeżdżają z misji na dwa dni do miasta i dzisiaj jest ten dzień. I że bez sensu bym jechała do Tamba tylko po to by wymienić pieniądze. Akurat mają przy sobie równowartość 200 dolarów, wymieniają mi pieniądze. Kartki na poczcie również wyślą. Łapię się za głowę. Jezu! Co za szczęście i jaki nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Tak pewnie miało być. Chwilę jeszcze rozmawiamy. Staram się nie zdradzać mojego stosunku do przeklętych pawianów, które ilekroć gdzieś się nie rozbiję, zmieniają moje życie z piekło a dobytek rujnują, pytam o Park i atrakcje w okolicy. Przyznają szczerze, że w Parku są głowinie małpy i kłusownicy, stąd nic więcej ponad to. Obawiam się że po ekstremalnych doświadczeniach bratania się z dziką zwierzyną w Zimbabwe, Park Niokolo – Koba będzie dla mnie bolesnym rozczarowaniem. Nic to, dam mu szansę. Muszę tylko jakoś dostać się do Simenti, małej osady w centrum Parku, w której tez mieszkają naukowcy.

Siadam pod drzewem przy szlabanie. Znajduje się dla mnie jakieś plastykowe krzesełko i czekam. Na takim czekaniu mija mi cały kolejny tydzień. Tak spędzam ten urlop, tak wypoczywam, bardzo to lubię. Najczęściej w cieniu wielkiego drzewa, gdzie panuje przyjemny chłód, wieje delikatny wiatr, na krzesełku, na powalonym konarze, albo na bambusowej leżance (czekanie jest tutaj rytuałem, więc stworzona jest pod nie cała infrastruktura). Czekam aż coś przyjedzie, albo aż samochód czy busik zapełni się pasażerami. Czasami prócz mnie jest kilkoro lokalesów, bo drzewo to również okno na świat dla całej wioski, centrum rozrywki – kierowca busa gra w warcaby z kolejnymi chętnymi, są tez kobiety sprzedające pomarańcze i mango, albo bagietkę faszerowaną makaronem i dzieci z turystycznymi lodówkami na głowie oferujące zamrożony w woreczku napój z hibiskusa, mięty i kilograma cukru. Bardzo mi dobrze tak między tym wszystkim.

Raz w Gambii w małej wiosce Gunjur czekałam by busik zapełnił się chętnymi do kontynuowania jazdy dalej w kierunku Kartong. Jeszcze w stolicy – Banjul przestrzegano mnie, że mogą być problemy z dostaniem się gdziekolwiek, bo w całej Gambii brak jest oleju napędowego. Wszystko stoi, nikt nie rusza się z domu, bo wie że wcześniej czy później gdzieś utknie. Jestem pierwszym pasażerem busa, kierowca nie kryje, że to raczej nie wróży rychłego odjazdu. Wrzuca mój plecak na dach, sprzedaje bilet, płacę niecałe 70 groszy. I czekam. Po dwóch godzinach zjawia się kulejący staruszek w workiem mango. Drugi pasażer. Czekamy kolejną godzinę, robi się już popołudnie. Nie jestem niestety w mojej niekończącej się podróży dookoła świata, tylko na trzytygodniowym urlopie i mimo wszystko chciałabym dojechać do Kartong i pobyć w nim chwilę, nim ruszę dalej. Pytam kierowcę ile musi się uzbierać ludzi by busik ruszył w trasę, mówi że piętnaście, no może dwanaście osób. W tym tempie co teraz, to w życiu się nie zbierzemy. Prosta matematyka, skoro jeden bilet kosztuje 70 groszy, to znaczy że 10 biletów kosztować mnie będzie 7 złotych. Czyli całe to czekanie rozbija się o te siedem złotych. Nie chcę by znowu wyszło, że białas ma kasę i lekką rękę do jej wydawania, więc mówię kierowcy, że siedmiu złotych to nie mam, ale mam pięć (rozmawiamy oczywiście o odpowiednikach w gambijskich dalasi) i zależy mi bardzo na tym byśmy ruszyli zaraz. Zgadza się, pakujemy się do środka. Na to podrywa się spod drzewa stara babuleńka, coś tam woła, rozumiem, że chce skorzystać z okazji, mówię kierowcy że ona jest z tej mojej puli biletowej, że ma jechać z nami. Siadam z przodu, babcia z dziadkiem wybierają sobie miejsca z tyłu, zmieniają, przebierają, wybierają, śmieją się szczerze. Taka gratka im się trafiła, co za okazja! Sam ich widok, rozbawionych i zaskoczonych wart jest tych 7 złotych.

No ale przy szlabanie, bramie wjazdowej do Parku Niokolo – Koba nie zjawia się żaden samochód. Przez 4 godziny. Nic. Biorę to za znak. Nic na siłę, może właśnie mam jechać gdzieś indziej, zresztą tutaj tylko te pawiany. Para naukowców wspominała o wodospadzie i wiosce Dindefelo. To okolice zaznaczone na mojej mapie jeszcze w Dakarze przez dziennikarza Alberta. Koniec senegalskiego świata, granica z Gwineą. Jadę. Łapię stopa – inżynier w drodze do Kedougou. Po tym jak już ustaliliśmy, że mam męża w Polsce ale puchną mi place i nie mogę nosić obrączki, normalnie możemy porozmawiać. Odstawia mnie w miejsce skąd odjeżdżają samochody do Dindefelo. Tam ludzie mi pokazują, że busik jest już pełny, błagam by znalazło się dla mnie jeszcze jedno miejsce, Kedougou to nie jest miasto w którym chciało by się zostać na noc. Bo nie ma miejsca by rozbić namiot, a spanie w tych zapluskwionych hotelikach z pokojami na godziny, jest gorsze niż odsiadka w więziennej celi. Słońce zbliża się ku zachodowi. Ja bez pomysłu siedzę na plecaku przy tym samochodzie co jest pełny ale jeszcze nie ruszył do Dindefelo. Mówią mi bym wzięła taxi. Odmawiam, nie będę podróżować jak hrabina. Poza tym na pewno to kosztuje majątek. Wołają na chłopaka na motorze. Mówią, że on mnie zawiezie. Cały czas patrzę na nich nieufnie, myśląc że szukają okazji by na mnie zarobić. Ale gdy sami już zdesperowani pytają ile mam pieniędzy, że za tyle on mnie zawiezie, dociera do mnie że oni naprawdę chcą mi pomóc i wywieźć z tego miasta jakkolwiek.

Siadam na motor i ta jazda o zachodzie słońca przez wszystkie wsie i wioski jest najpiękniejszym senegalskim doświadczeniem. Bo chłopak po drodze załatwia szereg swoich spraw, rodziny tutaj są wielkie (poligamia w połączeniu z przyzwoleniem na małżeństwa w drugiej linii), liczba ciotek, wujków i kuzynów nie ma końca. Każdy coś tam chce lub ma. Nie jedziemy drogą, tylko jakąś ścieżką łączącą kolejne osady. Czasami muszę zejść, by kierowca wdrapał się motorem z moim plecakiem pod jakieś piaszczyste wzniesienie. Lokalni chłopcy gonią nas na rowerze ze znaleziskiem, gdy wiatr zwieje mi z głowy kapelusz. Wioski to lepianki kryte strzecha albo po prostu bambusowe maty używane tutaj jako zadaszenie, płoty, ściany, leżanki. Blacha falista i plastykowe krzesła to już standard światowy. Centrum wioski to wielkie drzewo, studnia do której ciągną kobiety z plastykowymi kanistrami oraz budowle bardziej okazałe, takie z zaprawy i kamieni, albo nawet z wysuszonych w słońcu cegieł. Na końcu drogi jest Dinfandelo – jedna z takich wiosek i tutaj zostaję na dwa dni, rozbijając namiot.

„Majubaju czyli żyrafy wychodzą z szafy” od środy oficjalnie będzie już w sprzedaży. W Senegalu jest już dostępna. Ludzie chętnie po nią tutaj sięgają ;)

29 odpowiedzi na „“błogosławieni cierpliwi””

    • Maja może trochę nie w temacie ale świetna książka, jestem w połowie. Mega fajna z Ciebie babka :) !
      Pozdrawiam

  1. Właśnie otrzymałam Twoją książkę i od razu wpadłam na bloga. Gdy tylko zobaczyłam okładkę poczułam znów chęć podróżowania – takie miłe łaskotanie w brzuchu. Czekam na weekend majowy by znów odwiedzić Karkonosze. Szybko i przyjemnie się czyta Twoje wypowiedzi, będę częściej zaglądać o ile czas pozwoli! Pozdrawiam!

  2. Wszystkiego naj w dniu imienin :-) Przed chwilą słuchałem rozmowy z panią w 3-ce i wlazłem na stronę. Zapowiada się bardzo ciekawe czytanie w chwilach wolnego czasu. Pozdrawiam serdecznie – Marek z Torunia

  3. milo sie czyta …… a wlasciwie milutko ….. ide poszukac ksiazki w merlnie ….. serdrecznosci Majubaju vel Zyrafo … :)

  4. Zdróweczka i wielu jeszcze podróży w dniu imienin , też tak jak Marek z Torunia słuchałam 3-ki , gotując obiad i szybciutko do komputera poszukałam Twojego bloga. Sama uwielbiam podróże ,właśnie wróciliśmy z mężem z Maroka , ale moje podróże to jak ziarenko piasku na pustyni w porównaniu do Twoich Maju. Pozdrawiam, będę Cię czytać i kupię książkę .

  5. Hej Maja
    Ten gościu z Senegalu rzeczywiście wygląda na zainteresowanego Twoją książką hehe
    Pozdrowienia z Krabi, a dopiero co byliśmy na Perhentain. Znacznie tam tłoczniej i imprezowo w nocy a D’Rock Garden ma 2 razy więcej domków i budują kolejne. Za to kryształ woda i małe fale o tej porze roku
    pozdrowienia

  6. Droga Maju! Będąc w empiku wpadła mi w oko Twoja książka. Kolorowa okładka i ciekawy opis skusiły mnie. I tak wybrałam się z Tobą w podróż dookoła świata. Wielki ukłon za odwagę! Sama tak daleko, na tak długo! Rodzina pewnie osiwiała w tym czasie :) Dla mnie jestes bohaterką i Twoja przygoda motywuje mnie samą w chwilach zwątpienia.
    Dziękuję! Jestem ciekawa, co teraz robisz? Planujesz kolejną podróż?

    Pozdrawiam Cię Maju! :)

  7. Pani Maju, właśnie przeczytałam wywiad z Panią na portalu gazeta.pl – fajnie, że w Polsce jest coraz więcej takich ludzi. Tym samym umocniła Pani tylko moje marzenia/postanowienia, że warto podróżować i więcej, i dalej. Pozdrawiam!

    • takich ludzi jak ja i Pani jest naprawdę sporo i bardzo dobrze. ludzie podróżujący są odpowiednio przez świat sformatowani.
      szerokiej drogi

  8. Cześć Maju, pamiętam cię z Esgiehu, mijałyśmy się na uczelni. Ale fajnie się czyta Twoje opowieści! Szerokich dróg Ci życzę i radosnego zapału! Pozdrowienia!

    • no i właśnie. żałuję że na SGH nie było przedmiotu z pisania książki, pewnie łatwiej by mi to szło :)
      ale za to byli tam fajni ludzie, nawet ci bezimienni mijani na korytarzach. pozdrawiam!

  9. Hej Maja
    Pare dni temu przeczytałam Twoją książkę i już postanowiłam odwiedzić kilka opisanych przez Ciebie miejsc. Nie mogę się doczekać następnych relacji z Twoich podróży. To tak jakbym była tam z Tobą.
    Dzięki

    • :)
      żyje planami. tymi bliższymi – Afryka w listopadzie (najpewniej cały miesiąc na Madagaskarze) i tymi dalszymi (kolejna duża podróż za dwa lata)

  10. Mam nadzieję, że wykąpałaś się w wodospadzie w Dindefelo. Cudowna, chłodna woda. A Kedougou bywa całkiem przyjazne, ja byłam w nim pierwszy raz jeszcze przed gorączką złota, czyli kilka lat temu. Namiot mogłaś rozbić na misji katolickiej, pracuje tam polski ksiądz. Pozdrawiam i czekam na relację z kąpieli. ;)

  11. Kedougou bywa przyjazne, chociaż fakt, przed gorączką złota, czyli kilka lat temu było to wręcz miłe miasto. Zwróciłaś uwagę, że tam właśnie kończy się asfalt? Nasz senegalski Wąchock :D.
    Namiot mogłaś rozbić na misji katolickiej, jest tam polski ksiądz.
    Ach, czekam na relację z kąpieli w wodospadzie w Dindefelo – cudowna, chłodna woda.
    Pozdrawiam

    • a no widzisz. kurcze. taka gratka przeszła mi koło nosa. odnalezienie polskiego księdza, spanie na misji i przekonanie się do Kedougou.
      bo krótkie wyjazdy mają to do siebie, że pchają naprzód. kąpiel w wodospadzie była jak kompres, cudowna! :)

  12. :) Jestem w trakcie czytania „Majubaju ” – książka jest genialna :) Opisuje Pani tak wpłynnie i zabawnie i bogato swoją podróż, że nie jestem w stanie oderwać się od książki i wpisów na stronie :) Zyczę przyjemnego podróżowania i opisywania swoich przygód w kolejnych książkach :)

  13. Nie wiedziałam czy mam sie uczyc matematyki czy czytac twoją książkę. Majubaju wygrało, marze chociaż o jednej podróży takiej jak twoja.

Odpowiedz na „Aniaha

 

ladies night

Zdrowo pobłądziłam. Niby taka mała wioska i wyspa Joal-Fadiout, a jak się robi coraz to większe kółka wokół osady to dociera się gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. Stamtąd idziesz jeszcze dwieście metrów dalej zwiedziony głośną muzyką i lądujesz w samym środku przygotowań do wieczornego wydarzenia na dzielni. Do końca nie wiem co to było, mówili że disco, rozumiem że z racji islamu jest to disco tylko dla kobiet, jednak pretekstem dla niego jest moim zdaniem wieczór panieński, na pewno impreza około weselna. Bo to wyglądało tak: sześciu bębniarzy, grających na żywo przy akompaniamencie DJa puszczającego linię melodyczną, na piaszczysty plac wystawione są głośniki, wokół porozstawiane plastykowe krzesełka, chyba ze sto. Tak wyznaczony jest dancefloor.

Początkowo wszyscy są zdziwieni moją obecnością, nie mniej niż ja tym, gdzie się znalazłam i co tutaj robię. Witają przyjaźnie, ustawiają dla mnie krzesełko przy muzykach – gwiazdach wieczoru. Modlę się by nie wręczono mi jakiegoś tamburyno i nie kazano śpiewać. Ale nie, ja mam tylko siedzieć i patrzeć i pozwolić im na siebie patrzeć. Zaczynają grać a ze wszystkich uliczek na plac schodzą się kolorowo, pięknie odświętnie ubrane panny i kobiety, zawinięte w boubou, z turbanami na głowie, wyglądają jak najprawdziwsze kwiaty. Pełen makeup, gruby podkład, zagęszczone rzęsy, cienie na powiekach po samo czoło. Długo nad tym musiały pracować. Nagle muzykanci przenoszą się pod jedno z domostw. Tam zebrane są panny ubrane w jednakowe suknie (druhny?), a seniorka rodu (matka panny młodej?) niesie na głowie wielką walizkę (posag? wyprawka? podarki?), kładzie ją na macie i wszystkie ciotki i kuzynki tańczą wokół.

Zaczyna się w końcu zabawa na całego dla wszystkich. Muzykanci wracają na plac, walą w bębny, raz po razie któraś z kobiet wstaje z krzesła i rusza przez cały plac w dzikim transie, podnosząc wysoko nogi, co jakiś czas rozchylając ponętnie suknię i pokazując majtki. Każda w ręce trzyma coś wartościowego. Najbardziej wartościowy jest dla nich telefon komórkowy, w tłumie mają chyba z dwa i sobie je pożyczają na czas występu. Czasami jak parkiet/piaskownica jest za długo pusta to muzycy stają się wodzierejami, idą w tłum, pajacują, zachęcają do tańca, wymyślają zabawy. Można na przykład przykleić im banknot do języka, albo oprzeć się o wystawione na środku krzesło i pokazać jak się wywija pupą.

Łatwo się domyślić jak kończy się ta przygoda – ja też wychodzę na parkiet, doprowadzając tłum do histerii zadowolenia. Zaczyna się niewinnie, jedna z kobiet macha głową bym i ja zatańczyła, ja odpowiadam gestem że nie bardzo wiem jak to się robi, na to ona zaczyna mi pokazywać kroki, ja chcąc być miła powtarzam po niej, dostrzega to jeden z muzyków, chwyta mnie za rękę i tanecznym krokiem wyciąga na środek parkietu. Zamykam oczy by po pierwsze nie spalić się ze wstydu, a po drugie by dać się porwać bębnom, by tak jak i one wpaść w swego rodzaju trans. Płynę w improwizowaniu. Nie mam sukienki by jak i one rozchylić ją i pokazać majtki, więc tylko chwytam za niski krok moich bermudów i podnoszę go możliwie wysoko. Publiczność wyje ze śmiechu i podekscytowania. Gdy otwieram oczy tańczy już koło mnie chyba z dziesięć kobiet. Długo nie pozwalają mi odejść, specjalnie też się nie opieram.

2 odpowiedzi na „“ladies night””

Odpowiedz na „Aniaha

 

pani kucharka poleca

Pani kucharka w przydworcowej jadłodajni w Ndangane powiedziała mi, że najpiękniej na świecie jest w Jajem. Nie trzeba mnie jakoś specjalnie długo namawiać bym pojechała i to sprawdziła. Przy okazji uczę się tego, że jeśli ktoś ci w Afryce mówi, że podjedziesz gdzieś tam, a potem to już spokojnie dojdziesz pieszo na miejsce, to trzeba liczyć się z przynajmniej z dziesięciokilometrowym marszem.

Docieram do Jajem, a tu wioska jak każda inna. Poruszenie wielkie bo wielka biała kobieta przyjechała z wizytacją. Kurcze – myślę sobie – muszą gdzieś tutaj być jakiś ukryte drzwiczki do tego sekretnego miejsca, bo nie wierzę że to miejsce, to to. W sklepiku kupuję cole, siadam, zagadują mnie miejscowi. Rozmowa się nie klei przez ten nieszczęsny francuski. Wysyłają po człowieka, który mówi po angielsku. Zaspany chłopiec jest moim zbawieniem. Wita mnie w imieniu zebranych, mówi że w Jajem jest meczet, a w okól niego w cieniu drzew na placu spotyka się starszyzna, że może tego szukam. Pytam o drzewa, bo tyle zrozumiałam z wypowiedzi kucharki, że szukam wysokich drzew. Chłopak mówi mi, że za wioską jest rezerwat, ale to nic wielkiego palmy i baobaby. Nie to co Rezerwat Bandia.

Idę i znajduje jedno z piękniejszych miejsc jakie widziałam. Niekończący się las mieszany, palmiasto baobabiasto liściasty. Po horyzont, wysoko do nieba, wszystko wielkie. Wiatr przyjemnie wieje, giga drzewa dają schronienie przed słońcem, trzeszczą suche liście palm, czasem chatka, czasem koza, albo osioł.

okolice Jajem

Idę na przełaj, po porostu połazić pomiędzy tym wszystkim. Wydaje mi się że orientuję się w terenie, obieram na koniec kierunek Jajem. Idę chyba błądzę tak godzinę, a gdy spotykam w końcu trzech chłopców z psem, kijami oraz naręczem upolowanych w ten sposób chomiko-myszo skoczków z poderżniętymi gardłami, dociera do mnie że chyba oddalam się od cywilizacji a nie do niej przybliżam. Chłopcy pokazują mi drogę, tam w cieniu drzewa czekam aż coś przejedzie, coś co nie będzie fatamorganą.

Odpowiedz na „Aniaha

 

Senegal jak z obrazka

Dzisiaj przemierzając kilometry od wsi do wsi w okolicy Ndangane wbił mi się w podeszwę klapka jakiś kolec. Kuł mnie przy każdym kroku, wyciskanie, wypychanie, wydrapywanie nic nie dało, pazurki mam za krótkie. Widzę coś na kształt warsztatu samochodowego, myślę – kombinerki, szczypce, coś na pewno mają. Wchodzę, ściągam zakurzony bucik z mojej brudnej stópki, pokazuję w czym rzecz, rozglądam się po półkach licząc że znajdę właściwy przyrząd. Pan uśmiecha się, kiwa głową że już wszystko wie, bierze klapka do ust, wyciąga kolca zębami. Zajmuje mu to dwie sekundy, oddaje mi klapka, cieszy się że mógł mi pomóc. Proste rozwiązania najtrudniej przychodzą do głowy.

Gdy skończyłam prace nad moją książką i pliki poszły do drukarni, to okazało się że od 20 godzin jestem już w Dakarze, w tej kolejnej podróży. Książka pochłonęła mnie tak ostatnimi czasy, że nie mam ani planu ani nawet pomysłu jak ten Senegal objechać. I też los jeszcze żadnej podpowiedzi mi nie podsunął. Idę w miasto, może coś mnie natchnie. Muzeum narodowe – tam na pewno coś ciekawego o regionie znajdę. W drodze mijam uliczne stoisko ze wszystkim i niczym, siedzi przy tym uśmiechnięta ekipa kolesi, idę dalej ale kątem oka dostrzegam u nich wielkie pudło z widokówkami. Zaczynam w nim grzebać i wyciągam kolejne piękne widoki i zdjęcia kolorowych ludzi. Pytam co to, kto to, gdzie to, a to? Nazywają po kolei miasta, miasteczka, rezerwaty, grupy etniczne. Jeden z nich wyciąga jeszcze większe pudło z kolejnymi widokówkami. Dobra. Mam to. Wyciągam moją mapę Senegalu i proszę by mi pokazali te miejsca. Trochę nie wiedzą, trochę jak się okazuje z pisaniem u nich na bakier, poza tym ten nieszczęsny francuski, którego w ogóle nie rozumiem… ale ale! znajdują kogoś kto się zna i mówi po angielsku. Jakiś dziennikarz telewizyjny w drodze do pracy zatrzymał się by kupić coś tam u nich w kiosku. Moja mapa się zaczyna zapełniać. Pyta gdzie idę, ja że do Muzeum, zaprowadzi mnie ale musimy pędzić bo zaraz ma nagranie. Zaczyna opowiadać trochę o tych wszystkich miejscach z widokówek, ja jestem zachwycona, biegnę za nim z wyciągniętym notesem i długopisem jak natrętny reporter za celebrytą. Pytam które miejsce w Senegalu jego zdaniem jest najpiękniejsze. Mówi, że jego rodzinna wioska, na odległym południu. Rysuje ostatni punkt na mojej mapie, dopisuje swój numer telefonu. Albert. Mam dzwonić jakby coś stanęło na mojej drodze przez Senegal.

I tym sposobem powstał plan mojej podróży przez Senegal. Zaczynam jadąc na południe. Na początek, na rozruch turystycznym wybrzeżem, bo Senegal i Gambia wbrew pozorom są podobnie jak Kenia i Tanzania ulubionymi destynacjami wycieczek zorganizowanych. Wybrzeże obsiane jest kurortami, ale co jakiś czas znajdzie się kawałek mniej komercyjny, bardziej brudny, kolorowy, lokaleski na maksa. Wystarczy zacząć jazdę na południe lewą nogą a ominie się wszystko to co wycieczki z katalogu ze sobą niosą. Chce tak jechać i jechać by dojechać na to dalekie południe , do wioski Alberta. Taki jest plan.

W muzeum narodowym sztuka jaką lubię. Figurki uproszczone do kilku najważniejszych detali: dwie ręce, dwie nogi, głowa i dwa szpiczaste na górze to kobieta, jedno szpiczaste poniżej pasa – to mężczyzna. Cztery nogi i dwa spiczaste na głowie – to koza, bawół, krowa. No a maski to zupełnie inna kategoria. Bo chyba to jest tak, że niewiedza pobudza wyobraźnię. My już od dawna wiemy wszystko, skąd jesteśmy, a skąd są pioruny i trądzik, co dzieje się ze słońcem po zachodzie. A tutaj jeszcze do niedawna nie wszyscy wszystko wiedzieli i sobie domyślali resztę. A strach ma wielkie oczy. Te maski i stroje rytualne to świat widziany oczami przerażonego człowieka. Straszne piękno.

Podoba mi się to wszystko bardzo, chcę zrobić kilka zdjęć, nie bardzo wiem czy można. Widzę w kącie starszą panią, biała kobieta z siwą ondulacją, nie wiem dlaczego ale biorę ją za pracownika muzeum. Pytam czy można robić zdjęcia. Uśmiecha się i pyta skąd jestem. Ona jest profesorem na którymś tam uniwersytecie w USA, współpracuje z Uniwersytetem Jagiellońskim, bierze mnie za studentkę (!!!), patrzy z zachwytem na mój przybrudzony plecak i ze nostalgią na swoją grupę profesorską, życzy mi udanych wakacji:

- a odpowiadając na Twoje pytanie o możliwość robienia tutaj zdjęć, to pamiętaj o jednym: łatwiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie, więc wiesz….

Widokówki wysyłają mnie w jeszcze jedno miejsce w Dakarze. Pod Monument Odrodzenia Afryki/Niepodległości (jest to moje luźne tłumaczenie z francuskiego African Renaissance Monument), bo jest to największy pomnik, w kategorii tych do których można wejść/zwiedzić od środka i – moim zdaniem największe szkaradztwo świata. Uwielbiam wszelkie zmaterializowane szczyty ludzkiej głupoty, dumy, pychy. By śmiać się i płakać, wyciągać lekcję dla siebie. Pomnik powstał zaledwie 4 lata temu. Dzieło jest pomysłem byłego prezydenta Senegalu, który nie współpracował koncepcyjnie z żadnym artystą, tylko z rysownikiem, który wiernie odtworzył zamysł prezydencki, a ten następnie wykonano. Kosztowało to naród senegalski 30 milionów dolarów. Kiedy tylko trwa publiczna debata o dofinansowywaniu szkół, potrzebie budowania nowych szpitali, regularnie pod tym pomnikiem zbierają się pikietujący. Pomnik wysoki na 50 metrów a ze wzniesieniem na którym stoi liczący 150 metrów, przedstawia rodzinę: postawnego mężczyznę trzymającego na ramieniu malutkie dziecko oraz kobietę. Mężczyzna postury Popeya, kobieta z odsłoniętym jędrnym biustem i wydętymi ustami mają trochę za długie ręce, przykrótkawe nogi, groteskowe proporcje. Można windą wjechać na punkt widokowy mieszczący się w czapce mężczyzny. Podobno do zbudowania tego okazu ściągnięta została ekipa z Korei Północnej, bo tam znają się i wiedzą jak takie makabryły socmodernistyczne postawić.

African Renaissance Monument w Dakarze - największy pomnik i kuriozum świata (w kategorii pomników do których można wejść). kosztował 30 minlionów USD. Rocznik 2010.

W busie do Mbour jest afera. Domyślam się o co chodzi bardziej niż rozumiem, bo z moim francuskim jest bardzo słabo. A chodzi o to że zapłaciłam za bilet 500 franków a nie 300. Te rozklekotane, przerdzewiałe busiki są tutaj tak przepełnione, że kasę za bilet przekazują konduktorowi kolejni pasażerowie, podając sobie pieniądze z ręki do ręki. No i te moje 500 franków (3,60 zł) powędrowało o do kierowcy. Ja to w ogóle jestem przekonana, że to tyle ma kosztować. Po chwili ktoś tam cmoknął i zapytał kierowcy gdzie jest moja reszta. Ten coś tam coś tam. Na co w autobusie rozpętało się prawdziwe piekło. Kto za a kto przeciw. Ja z jednej strony przerażona emocjami, pokrzykiwaniami wypełniającymi busa w mojej sprawie, że te 1,40zł rozpęta senegalską wojnę domową, chcę machnąć ręką i ukrócić temat, ale z drugiej strony – przecież tutaj chodzi o zasadę. Pieniądze do mnie wracają. Spienieni pasażerowie syczą na siebie do końca podróży.

Francuskiego się szybko uczę. Pierwsza sprawdzona zasada: jak nie rozumiesz co znaczy dane słówko, spróbuj dodać H na początek. Wczoraj cały dzień starałam się dojść co to za zwierz ten jen, zwłaszcza że jak mi pokazano jest on całkiem spory, groźny i mam szansę go tutaj spotkać spacerując tak sama po lasach i sawannach. Jen nic nie mówił ale hien to już zrozumiałam.

9 odpowiedzi na „“Senegal jak z obrazka””

  1. majka! super pomysł z pocztówkami! ładny i ciekawy. czytam i nie mogę się już tej książki doczekać. tu jest zimno, a ja znowu chora. całusyyy!

Odpowiedz na „Aniaha