Archiwa kategorii: Zimbabwe

nieświeży oddech hieny

Spaliłam się słońcem. Na dnie kosmetyczki znalazłam próbkę jakiegoś balsamu do ciała i pomyślałam, że akurat się przyda. Posmarowałam i poszłam spać. Rano budzę się, otwieram oczy i nie poznaję własnych rąk. Balsam okazał się próbką samoopalacza. Dłonie mam białe na zewnątrz i ciemnobrązowe wewnątrz. Wyglądam jak negatyw Murzyna. Miejscowi oczu ode mnie nie mogą oderwać.

W Harare spotkałam Helmuta i Tako. Helmut wygląda tak jak się nazywa – jest sześćdziesięcioletnim Niemcem, panem z wąsem w sandałach, ale przy tym prawdziwym podróżnikiem starej daty i wybitnym kucharzem amatorem. Tako jest dwudziestoośmioletnim Japończykiem w swojej podróży dookoła świata. Panowie od miesiąca razem podróżują. Spotkali się z Malawi i po prostu się zaprzyjaźnili, jak koza ze słoniem. Ze wspólnej taxówki na rogatki Harare, zrobiła nam się wspólna jazda nad Jezioro Kariba, wspólny nocleg w deszczu nad sadzawką z hipopotamami i wspólna decyzja że chcemy jakoś razem dotrzeć i zobaczyć Mana Pools.

Manana Pools to najdzikszy z parków narodowych Zimbabwe, najbardziej niedostępny i nieujarzmiony. Człowiek może i nazwał to miejsce ale zupełnie jeszcze nad nim nie zapanował. To rozlewisko rzeki Zambezi do której z gór schodzą pod koniec pory suchej wszystkie zwierzęta, w poszukiwaniu wody. Trafiliśmy dokładnie na czas tuz przed pierwszym deszczem, czyli przy rzece jest wszystko. Jest tam tez główny camp, oddalony o 80 km offroadowej jazdy od bramy parku.

W Kariba wszyscy nas przestrzegali ale też pomagali jak tylko mogli zorganizować nam tą wyprawę. Zdecydowaliśmy się na to na co nas było stać – wynajęcie przewodniko-kierowcy z samochodem 4×4 i pistoletem.Cała reszta to nasza surwiwalowa improwizacja. Namioty, przy czym ten Helmuta i Tako był cały posklejany taśmą klejąca po ostatniej konfrontacji z guźcem, jedzenie, garnki z domu od Niende – kierowcy. Jedziemy! W imię ojca i syna i ducha świętego.

- I tell you Maja, everything is moving here

Płakałam ze śmiechu i strachu, gdy tylko Helmut mi to zakomunikował, po tym jak zdecydował się wyjrzeć z namiotu by oszacować straty po nocnym nalocie hien na nasze obozowisko. rozprawiły się ze wszystkim, wylały nawet gar przegotowanej wody, pozbawiając nas picia na cały kolejny dzień. Słyszałam sapanie, warknięcia, mlaskanie, krzyki Niende, który starał się je przegonić. Kazał nam pozapalać latarki i narobić hałasu w namiotach. Nie wychodzić.

Camp to szumnie powiedziane – to nieogrodzony kawałek ziemi przy niewielkiej osadzie, z kilkoma paleniskami i kranami z wodą. cała zwierzyna idąca w nocy napić się do rzeki musi przez niego przejść. Te noce były straszne. Pukałam się w czoło, ale też popiskiwałam w niedowierzania i fascynacji. Leżałam na ziemi w tym moim namiociku, który miał robić za bunkier przeciwatomowy. głowę miałam zaraz obok kranu z kałużą, do której przychodziły napić się zwierzęta. potrafiłam rozpoznać kotowate, psowate, kopytne zebry albo bawoły. a potem podchodziły i słyszałam jak obwąchują namiot. nieświeży oddech nad moją głową. Do tego ta melodia pojękiwań, nawołań, wycia, warczenia. I ryk lwów w oddali budzący respekt i strach, albo nagły nierozpoznawalny szum ciał i wody 10 metrów dalej nad rzeka, gdzie krokodyle polowały na zwierzynę u wodopoju. Niezapomniane.

W ciągu dnia było jak w raju. człowiek i wszystkie afrykańskie zwierzęta, bez klatek i ogrodzeń. słoń w drodze do toalet, bawół w krzakach odrobinę dalej, koleżanka hiena posilona naszą fasolą leżąca w słońcu, skorpion w bucie, wszelkie rodzaje antylop jak dobre sąsiadki spacerujące spokojnie wokoło. Okazuje się że można tak razem na kupie, jak za praczasów. nie można tylko wchodzić sobie w drogę. wystarczy puszczać przodem, nie zwracać uwagi.

Do pokrojenia pomidorów potrzebne były trzy osoby, z czego dwie odganiały wszelkie małpy. Gotowaliśmy nad ogniskiem, Helmut wyczarowywał dania na miarę restauracji pięciogwiazdkowej. Jedzenie trzymaliśmy w kartonach w samochodzie, przywiązane sznurami, obłożone kamieniami i kołami zapasowymi. W ciągu dnia jeździliśmy po parku, ale też dużo chodziliśmy. parkowaliśmy gdzieś i z Niende i jego karabinem po prostu szliśmy śladami zwierząt. Tak wytropiliśmy dzikie psy afrykańskie które są na wyginięciu, całą sforę ze szczeniakami, tak tez podeszliśmy do lwów przy upolowanym słoniu, chowaliśmy się w krzakach przed słoniami, bawoły – zabijaki afrykańskie omijaliśmy szerokim łukiem.

lwy nad upolowanym słoniem

To było doświadczenie totalne. bratanie się z naturą. na krawędzi, wariacko, z dreszczykiem, śmiesznie. najpiękniej. ciężko mi się jakoś pozbierać. jutro mam samolot do Polski. nie chcę. będę tutaj wracać. na pewno.

Dodaj komentarz

 

królowa klepiska

Autobus wysadził mnie w samym środku ZOO bez klatek. Normalnie żyrafa, zebra i ja. Zgarnął mnie Jordan – przewodnik, który akurat jechał do main campu. I tak to tutaj trochę wygląda, kto człowieka pierwszy dopadnie, ranger czy lew. W obozie okazało się że jestem jedyna z namiotem na wielkim polu campingowym. Królowa klepiska. Nieliczne osoby zatrzymują się w kilku chatkach, tak to wszyscy od razu wjeżdżają na cały dzień do parku.

królowa kampingu

Spędziłam tutaj w sumie pól tygodnia, poznałam wszystko i wszystkich we wiosce. Jedzenie trzymałam w lodówce z coca colą u pana w sklepie, ważne ważności i drogocenności pod ladą u pani od biletów wstępu do parku. Wrzątek dawała mi bufetowa w kantynie dla pracowników, za 2$ dostawałam też ugotowanego ryżu, aparat ładowałam u pana od pralki. Codziennie między 12:00 a 14:00 przez camping przechodziła wielka sfora pawianów, które pierwszego dnia zrobiły sobie z mojego namiotu trampolinę, doprowadzając mnie tym samym do łez. Teraz codziennie już czekałam na ich nadejście uzbrojona w japonki, kamyczki i patyk. Na początku ludzie brali mnie za pustelnicę, przychodzili i pytali czy się nie boję, czy czegoś nie potrzebuję. lokalesi nazwali mnie „najmniejszy domek”. Z czasem gdy przyjechały na plac jeszcze dwa samochody safari, każdy zaczynał pobyt od odwiedzenia mnie i rozmowy na temat warunków na campie. O pawianach, o gryzących czarnych mrówkach, o braku światła. Przychodzili z podarkami, zapraszali wieczorem na wino. Martwili się gdy w nocy zerwała się ulewa, pytali rano czy nie zmokłam. było mi tam bardzo dobrze. W nocy sama nie mogłam uwierzyć we własne wariactwo. Rrudno było zasnąć od wrzasku słoni, kojotów, hien, parskania zebr. Camp otoczony był podziurawioną siatką i tyle. Ale przy tych jasnych nocach (pełnia) i porannym śpiewie miliona ptaków, które rezydowały w „moim” drzewie, to wszystko było po prostu super fajne.

W campie szybko się na mnie poznali i pilnowali mnie bardzo bym nie wychodziła poza szlaban i siatkę. Widzieli, że wszystko aż mnie swędzi od siedzenia na miejscu. Łapanie stopa jest zabronione, chodzenie poza ogrodzenie również. Kara pieniężna i chłosta. więc na całe 4 dni zakoleżankowałam się z Jordanem, który zabierał mnie wszędzie ze sobą, dołączał do grup, które obwoził po parku, brał gdy jechał na stację benzynową albo po ludzi do wioski.

Każdy wie jak wygląda zebra, czy krokodyl, więc nikogo niczym tutaj nie zaskoczę. Ja siedziałam całymi dniami w tym wysokim safari samochodzie jak w operze z lornetką patrzyłam na to całe widowisko, które na moich oczach natura wystawiała. z głosem Krystyny Czubówny w tle.

Dzisiaj jestem znowu w Harare. Jutro jadę nad Jezioro Kariba, występuję tam malaria więc potrzebowałam wrócić i dokupić lekarstw dla siebie.

Dodaj komentarz

 

Wodospad Wiktorii bez wody to spad Wiktorii

Pociąg z Bulawayo do Victoria Falls nie ma dobrej opinii. Zamiast 12 godzin jedzie zwykle przeszło 18. z pierwszymi promieniami słońca zamienia się w piekarnik na kółkach. Nieważne, ważne że trasa pociągu biegnie przez największy park narodowy i tym samym mam coś na kształt train safari. antylopy, szkielety potrąconych kiedyś przez pociąg słoni, zebry.

W mieście Vistoria Falls spotykam tak naprawdę pierwszych turystów. Niektórzy do Zimbabwe przyjeżdżają tylko dla wodospadu. Jak człowiek z biletem w ręce udaję się się oznakowaną alejką do punktu widokowego by podziwiać ten jeden z siedmiu cudów świata. Idę a tam… nic. Koniec pory suchej i zamiast spektakularnego największego na świecie wodospadu, prawie dwu kilometrowej ściany wody jest kilka cieków wodnych. Jakby co najmniej gdzieś trzeba było wrzucić piątaka by szopka zagrała.

Rozbijam namiot przy hostelu, biorę rower i ruszam na objazd okolicy. I to jest najfajniejsza część pobytu tutaj. Trafiam na rozlewisko Zambezi, gdzie lokalesi moczą się jak bawoły wodne, piknikują, szorują chodniczki samochodowe. Potem jeszcze zapuszczam się w jakieś polne drogi, niespecjalnie daleko, ale zawracam gdy tylko spotykam słonia. Takiego najprawdziwszego, sztuk jeden. Przy drodze stoi i skubie drzewo.

W supersamie gdzie między innymi można dostać półmetrowe kostki szarego mydła, dokupuję emaliowaną misję i kubek oraz trochę jedzenia w puszkach, bo jutro z namiotem ruszam do Parku Narodowego Hwange do głównego campu, poinstruowana co i jak przez kibicujących mi tutaj przewodników i rangersów.

Dodaj komentarz

 

tak to się robi samemu w Zimbabwe

Do Bulawayo docieram nocą, łapię taxi by zawiozła mnie pod konkretny adres, do kolejnego couchsurfera, który mnie przygarnia na następne 3 dni. nie wiem, może czegoś na profilu Adama nie doczytałam, albo w zasadzie mi było już wszystko jedno gdzie i jak mieszka, bo to gdzie wylądowałam nie mieści się w żadnych nawet najbardziej śmiałych wyobrażeniach o kanapie dla strudzonego podróżnika. Samochód zajeżdża do jednej z posiadłości na peryferiach miasta. Wysoki mur i drut kolczasty. Brama wjazdowa. Znajduję dzwonek, zapala się światło w najbliższym budynku, wychodzi gosposia z młodym chłopakiem. Serdecznie mnie witają i prowadzą do mojego domu. Tak domu, nie pokoju. Młodzieniec niesie moje wszystkie bagaże. Idziemy, wzrokiem nie mogę ogarnąć całej posesji. Wiktoriańskie domy, domeczki, stróżówki, basen, kort tenisowy. Wchodzimy do domu a tam Pożegnanie z Afryką: antyki, kufry, trofea, stare zdjęcia z polowań na słonie, ciężkie fotele, wielkie stoły, porcelana , srebra, słomkowy kapelusz do wyjścia do ogrodu, bujawka na patio, żeliwny biały stolik z krzesłami w ogrodzie.

Gosposia – mała, leciwa acz obrotna Murzynka, pokazuje mi mój pokój, mam dla siebie jedną z 4 sypialni na piętrze. Łoże z moskitierą, komoda, turecki dywan, kominek, okna na ogród. Stoję chwilę i w głowie to wszystko sobie układam. Jest filmowo, jak zabawa w złote czasy kolonii brytyjskiej. Błądzę chwilę po pustych pokojach, przypominam sobie, że nie zapytałam o hasło do Internetu. Wychodzę z domu i w poszukiwaniu gosposi, pukam do najbliższego budynku. Wchodzę i już mi słabo, bo widzę w co wdepnęłam i wiem, że nie ma odwrotu. Dom ewidentnie należy do babci – seniorki rodu. Ona sama siedzi już w piżamie i bonżurce w fotelu przy wieczornym kieliszku czerwonego wina i ogląda TV. Wystrój domu jak z brytyjskiej edycji gazety „Moja weranda”. Babcia patrzy na mnie zdumiona, że kim ja i co ja tutaj. Uprzejmie się kłaniam, witam i wyjaśniam że jestem couchsurferem i potrzebuję hasła do WiFi. Dobrze wiem że babcia nie zrozumiała ani słowa, ale z angielską kurtuazją serdecznie mnie wita i przeprasza że nie może pomóc. Wracam do siebie, gdzie znajduję gosposię. Czeka, bo musi zamknąć za mną bramę. I faktycznie dopiero teraz zauważam, że klatka schodowa wewnątrz domu przedzielona jest wielką kratą zabezpieczającą, odcinającą drogę na pierwsze piętro do sypialni. Solidna robota jak ogrodzenie w terrarium dla słonia. To dla bezpieczeństwa, podobno włamywacze i porywacze są bezwzględni.

Rano zastaję w jadalni jedno nakrycie, pod portretem królowej Elżbiety, przy stole dla dwunastu osób. Ciężkie srebrne sztućce, świeczniki, serwetka, szklanki, szklaneczki, filiżaneczki. W drzwiach już stoi gosposia z tacą i kompletem dzbanuszków z poranną herbatą, mleczkiem i wrzątkiem. Czyli jednak to wszystko mi się nie śniło. Przeżuwam śniadanie obserwowana przez wszystkich przodków ze zdjęć na ścianach. Podobno Pani Babcia chce mnie widzieć po śniadaniu, Adam pojechał już do pracy.
Pani Babcia wita mnie znowu serdecznie, sadza na kanapie w kwiecisty deseń, woła na Margaret by podała kawę. Pyta czy gram w brydża, dzisiaj jak co tydzień ma u siebie karciane spotkanie, może dołączę. Nie gram? Ile mam lat? To najwyższa pora zacząć grywać. Margaret przyrządza wyborne kanapeczki. Jakie mam plany na dzisiaj? Bardzo mnie przeprasza, ale rodzina zabroniła jej już prowadzić samochód, chętnie zaoferowałaby mi podwiezienie do miasta. Czy wpadnę do niej wieczorem z Adamem na drinka?
Wychodząc kątem oka widzę tacę nakrytą dla jednej osoby, pewnie już na obiad dla babci, a na niej srebrna zastawa, po trzy noże, dwa widelce, łyżeczka łyżeczunia i … dzwoneczek do przywoływania Margaret.
Zamyka się za mną brama i znowu jestem na zwykłej afrykańskiej miejskiej ulicy. Tutaj dopiero tak naprawdę zaczyna się moje podróżowanie. Plan jest taki by zobaczyć jakoś Park Narodowy Matopo
Tutaj tak naprawdę zaczęło się moje podróżowanie.

- jak Pani chce zobaczyć park, nie mając samochodu?

- no właśnie, jak mogę zobaczyć park nie mając samochodu?

I tak przecierałam szlak idąc, łapiąc stopa, jadąc commuter taxi, będąc zgarniana z ulicy przez białych lokalesów. Byle dalej. Spanie dała mi właścicielka eleganckiej lodge, zaraz przy granicy z parkiem. Chciałam tak naprawdę rozbić tam namiot, ale popatrzyła tylko na mnie i przyznała że jestem jedynym turystą tutaj od długich tygodni, chatki stoją puste więc w tej samej cenie mogę w jednej z nich zamieszkać. Rano zaczęłam iść pieszo przez park narodowy, pamiętając zasłyszane kiedyś rady od pewnego surwiwalowca. Musisz robić sporo hałasu idąc, by zwierzęta cię usłyszały i zeszły ci z drogi, najlepiej śpiewaj głośno, by nie pomyliły cię z jakimś innym zwierzęciem. Tak więc przypięłam karabińczyk do bidona z wodą, dzwoniłam jak owca na pastwisku. Szłam i śpiewałam trochę kolęd, trochę Beyonce. Zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód i podwiózł mnie kolejne parę kilometrów. Potem znowu musiałam iść do głównej siedziby rangersów. Gdy mnie zobaczyli, zapytali z niedowierzaniem czy ja tutaj przyszłam czy z nieba spadłam. Podwieźli mnie do punktu kontrolnego przez który muszą przejechać wszystkie samochody w parku. Tam wymoszczono mi miejscówkę w souvenir shopie, trochę poleżałam z książką pomiędzy maskami i drewnianymi łyżkami. Trzeci samochód zabrał mnie ze sobą na całodniową fantastyczną wycieczkę po parku, włącznie z trzygodzinnym tropieniem nosorożca i zobaczeniu go na własne oczy w ostatniej chwili tuż przed zamknięciem parku.

Tak to się robi samemu w Zimbabwe.

Dodaj komentarz

 

robots znaczy światła

Chaos – tak nazywał się taksówkarz, który wiózł mnie z lotniska i tak też wyglądała nasza jazda do domu Philippa. Dzięki bogu jeszcze na lotnisku kupiłam lokalną sim kartę i doładowanie. Połowę z tego przegadałam starając się ustalić gdzie jestem, a gdzie mam być. Gdy stopień podirytowania każdej ze stron osiągnął szczyt, przestraszony Chaos w ogóle nie chciał się już rozłączać, tylko przez telefon opowiadał Philipowi co widzi i gdzie jedzie, licząc że ten go zdalnie namierzy. A tutaj ciemna noc, dzielnica z rezydencjami, z których każda schowana jest za wysokim murem.

Philipp to couchsurfer, który zgodził się mnie przygarnąć na dwie noce, pracuje nad projektem gospodarki wodnej Zimbabwe w ramach współpracy dyplomatycznej austalijsko-niemiecko-zimbabwańskiej. Gdy się na niego patrzy, eleganckiego pana w swoim domu z kortem tenisowym, sąsiada premiera Zimbabwe, to aż trudno uwierzyć w historie które opowiada. W latach dziewięćdziesiątych intensywnie podróżował, ale tak po bandzie. Jeździł na dachach pociągów towarowych, przewalał się po więzieniach tybetańskich, czy laotański za nielegalne przekraczanie granicy i opiaty oczywiście, rodzina znajdowała go w szpitalach afrykańskich, w których leczyli go z pasożytów, o których świat jeszcze nie słyszał. Aż rząd niemiecki potrzebował kogoś z doskonałym zrozumieniem różnic kulturowych do skutecznego zarządzania ludźmi w krajach trzeciego świata. I tak oto Philipp przeszedł transformację, stabilizację i pasja jest teraz jego pracą.

Gdy siadamy na tarasie przy welcome drinku, potwierdza wszystko to co słyszałam: samemu i bez samochodu jest ciężko przejechać Zimbabwe. Ale czy nie dlatego tutaj jestem? Bo właśnie chcę by łatwo nie było? Daje mi szereg numerów do ludzi, którzy mogą mi na trasie pomóc dostać się do różnych parków narodowych, albo poradzą w kwestii transportu. Opowiada mi również o pasożytach i chorobach, dzikiej zwierzynie, co kiedy jakiemu turyście hipopotam czy inny krokodyl odgryzł. To nie ludzi ale zwierząt i chorób mam się obawiać.

Dom Philippa to on, jego gosposia, ochroniarz który w ciągu dnia jest kobietą, a w nocy mężczyzną oraz kot Shambo. Wszyscy, włącznie z kotem stwierdzają że w Harahe nie ma nic ciekawego do oglądania. Mimo wszystko chcę to nic zobaczyć. Poza tym muszę po swojemu chwilę posiedzieć na krawężniku i przypatrzeć się codziennemu życiu, nauczyć się tej nowej rzeczywistości. Mówię im że słyszałam o Mbare i że chcę tam pojechać. Gosposia się przeżegnała, ochroniarz chwycił za głowę, ale Philipp stwierdził że na tyle na ile zdążył mnie poznać – dam radę. Tylko ostrożnie. Zostawiłam wszystko w domu. Woda, aparat, drobne i w drogę, wzdłuż murów eleganckich rezydencji, do miejsca gdzie bogate spotyka biedne i ludzie dojeżdżają do miasta przepełnionymi minibusami. Zatrzymuję jakiś, wsiadam, konduktor zbiera za przejazd, mówi że 1$, odpowiadam, że przecież 50 centów, uśmiecha się, cały busik wiwatuje i kiwa z uznaniem głowami, swojak jestem, jedziemy.

Chcę kupić bilet na jutro do Bulawayo. Zaczynam więc od stacji autobusowej, gdzie to dopiero dociera do mnie, że oto jestem w Zimbabae, w Afryce dzikiej. Syfnie i HIVnie, rozpierdolnik, hałas, grillowana kukurydza, cinkciary, stół bilardowy obok szaletu. Stoję chwilę i szczerze się śmieję. Kocham to. Nawet nie wiedziałam jak mi tego brakowało. Kupuję bilet i maszeruję przez miasto, zatrzymując się to na śniadanie to na colę, siedzę trochę w parku, chwilę na krawężniku. Oswajam się z tym co widzę. Znajduję kolejny mini dworzec z mini busami.Zamieszanie jak w każdym tego typu miejscu. Pasażerowie, sprzedawcy, zaganiacze, panny na wydaniu i miejskie obiboki, tragarze i kierowcy. Pytam pierwszego o bus do Mbare. Pokazuje ręką że mam iść dalej. Po czym po dworcu swoimi kanałami rozchodzi się wieść, że ta jedyna biała chce się dostać do Mbare. Nie muszę już nikogo pytać, kolejne mijane osoby pokazują mi gdzie iść dalej, przekierowują prostym gestem ręki jeden drugiemu. W busie sadzają mnie obok kierowcy. Miejsce w pierwszej klasie. Im dalej od centrum tym więcej zaczepek pod moim kątem ze strony mijanych przechodniów. Ignoruję. Pomaga. Jeśli nie pomaga, to kierowca albo któryś z pasażerów odszczekuje coś w mojej obronie w języku Shona, tak bym ja nie rozumiała a tamtemu nosa przytarło. Kierowca zatrzymuje bus i mówi że to tutaj. Mówi to takim tonem jakby właśnie podwiózł mnie pod szubienicę. Wysiadam, tamci odjeżdżają. Oczy całego świata są teraz skierowane na mnie. Ludzie widać nie wierzą w to co widzą. Przez chwilę jestem zdrowo zestrachana. I to chyba tak działa, że ludzie widzą twój strach i zaczynają widzieć w tobie ofiarę. Przypominają mi się słowa Philippa, że muszę w Mbare udawać że jestem stąd, z Zimbabwe (w całym Zimbabwe jest sporo białych, Brytyjczycy z czasów Rodezji). Więc ruszam przed siebie pewnym krokiem jakbym szła odebrać zamówiony worek ziemniaków. Uśmiecham się do wszystkich i odpowiadam na milion zawołań, hi!, hello!, how are you? To odczarowuje cała sytuację. Jestem gościem w ich dzielni i serdecznie mnie w niej witają.

Chodzę tak po całym Mbare jakbym wiedziała gdzie idę, choc tak naprawdę błądzę w tym labiryncie straganów, domów, hałd śmieci. Jest miejsce z używaną odzieżą, jest wielki plac na którym pod chmurką fryzjerzy czeszą i strzygą, warkoczyki zaplatają, a ścięty włos zalega na trawie grubą warstwą, są gar kuchnie, jest cały dział z używanymi oponami i jest też ze specyfikami medycyny naturalnej. Przypomina to warsztat czarnoksiężnika. Igły jeżozwierza, odchody słoni, róg nosorożca, ptasie gniazda, kora drzewa, korzonki, suszone kwiaty. Wszystko na coś. Słoniowa kupa dobra na katar, igły jeżozwierza palą na ból głowy. Na potencję dobre jest w zasadzie wszystko co mają, marynowane węże są najbardziej chodliwe.

W mieście z racji niedzieli co krok to prorok. Wszelkie wyznania celebrują swoje święto. Sekty, sekciarze, chrześcijanie, szamani, każdy modli się do swojego boga. Jedno ich łączy – pozytywne wibracje. tańczą, śpiewają, klaszczą, wołają Alleluja!, śmieją się, błyszczą strojnie w tym słońcu. Uwalniane są takie pokłady fajnej energii, że aż rozkładam kocyk i leżę sobie obok jednej z takich mszy polowych, ładując akumulatory. Nawet nie wiem o czym tam tak sobie śpiewają, to nieważne, ogólny przekaz jest jasny i radosny. I myślę sobie o naszych smutnych szarych kościołach, mszach na których obrywa ci się za grzechy całego świata, gdzie piętnuje się, grozi palcem, straszy piekłem. Ci tutaj co niedzielę pozytywnie się formatują i przestrajają na właściwe fale. Tak to chyba powinno wyglądać.

Jednak hitem niedzielnym są zbiorowe egzorcyzmy, które namierzyłam w hangarze obok parku. Ma to w sobie dużo ze zgrupowania przedstawicieli handlowych Amway, „jesteś zwycięzcą”. Cała sala pełna ludzi, stoją mają podniesione ręce i powtarzają słowa lidera, czy też mu wtórują pokrzykiwaniami, biciem się w pierś. Na scenie egzorcysta, w towarzystwie swoich ochroniarzy (tak wyglądają ale chyba pełnią też rolę pomagierów, egzorcystów niższego szczebla). Ludzie napierają pod scenę, tłoczą się. Ten tam wybiera z tłumu pojedyncze jednostki, kładzie rękę na głowie, szarpie w każdą stronę delikwentem wykrzykując mu do ucha i do mikrofonu tajemne zaklęcia, ze słowem demon w środku. Jeden z drugim mdleją. W sali jest tak gorąco, tak tłocznie i tak długo ludzie się przeciskają się pod scenę, że wierzę że gdy w końcu dostąpią zaszczytu i zostaną wybrani z tłumu, wpadają w jakiś trans, potrząsani i kiwani przez egzorcystę i tłum na wszystkie strony i gdy ten ryknie im do ucha, padają z nóg. Ochroniarze wyciągają na pół omdlałego opętanego przez demony i dokańczają egzorcyzmów już sami na scenie.

- musi pani dojść do robotów i skręcić w lewo – tak mniej więcej wygląda rozmowa z każdym, kogo nie zapytam o drogę. Najpierw myślę sobie, że coś źle zrozumiałam. Potem przez chwile naprawdę wierzę w to co słyszę i idę szukać robotów. Jeszcze później myślę sobie, że przez roboty nazywają jakieś maszyny w stylu koparka, młot pneumatyczny, czyli roboty drogowe. Aż w końcu życzliwy student mówi mi że to są sygnalizatory świetlne. Już sobie od razu wyobraziłam moment, w którym ta nazwa została nadana. Powieszono pewnego dnia w mieście światła, które nagle zaczęły zarządzać ruchem drogowym. Usiedli lokalesi na krawężniku i się temu bacznie przyglądali, nie mogąc się nadziwić.
Z innych językowych ciekawostek: dzisiaj właśnie kupiłam bilet kolejowy z Bulawayo do Victoria Falls. Pani mówi mi że powinnam być na stacji o godzinie tysiąc dziewięćset. Że co? tysiąc dziewięćset, 1900, czyli siódmej wieczorem.
Włosy to jest tutaj ewidentnie temat. Włosy cię definiują, w nie należy zainwestować i potem dopieszczać. Panie to najchętniej chciałyby mieć proste blond. Niewykonalne więc hitem jest tutaj tlenienie włosów, choćby grzywki, najlepiej paska od uch do ucha wokoło głowy. Na ulicach na każdym rogu stoją fryzjerki i oferują zaplatanie warkoczyków, skręcanie, owijanie. Peruki i doczepiane włosy to tutaj standard. Ale do tego stopnia, że w damskiej toalecie powszechna jest sytuacja taka, że kobieta poprawia fryzurę, wstrząsa, potrząsa, po czym zbiera z ziemi wszystkie warkoczyki, które nie przetrwały tego zabiegu i odpadły. Podnosi z ziemi te półmetrowe pukle, wsadza do kieszeni i wychodzi.

Z Harare do Bulawayo jadę trochę nocą. Siedzę na miejscu przy kierowcy, jak i on mam pełny podgląd na sytuację na drodze. Nie mam tylko takiego luza jak on. Na drodze nie ma znaków, odblasków, linii pobocza, za to jest cała masa niezidentyfikowanych ciał astralnych. Samochody albo nie mają włączonych żadnych świateł, albo mają włączone wszystkie naraz, czyli długie z awaryjnymi.Czasami któreś ze świateł nie działa, dlatego na drodze mija się przedziwne konstelacje świetlne, całe niezidentyfikowane gwiazdozbiory świateł, jak na tankowcu czekającym na redzie na wejście do portu, wszystko miga i świeci. Na drodze prócz samochodów widmo, są jeszcze rowerzyści, piesi i zwierzęta. Wszystko idzie środkiem, wszyscy wierzą w to, że mają pierwszeństwo. A że wiara czyni cuda, udaje się za każdym razem ujść z życiem.

Dzisiaj już wyjeżdżam z Bulawayo. Mam zaległość z pisaniu, ale po ciężkiej pracy ostatnimi tygodniami nad książką, jakoś nie mogę się zmusić do siedzenia przed komputerem. Jazda po Afryce dzikiej jest spełnieniem moich podróżniczych marzeń. Jest to jechanka bez trzymanki na granicy zdrowego rozsądku, życia i śmierci. Chcąc podróżować niezależnie od zorganizowanych wycieczek po kraju, jeżdżę byle czym byle do przodu, zdana często tylko na ludzi wokoło. Dużo też chodzę, przemierzam długie kilometry pieszo, zanim coś złapię, lub ktoś się sam zatrzyma i mnie zgarnie. Mam wrażenie że jestem jedynym podróżnikiem w Zimbabwe. Ludzie szalenie mi kibicują, doceniają i pomagają.

Dodaj komentarz