Izrael – wieści z frontu

Witam. Majubaju nadaje na nowych krótkich falach urlopowych.

Relacja z podroży dookoła świata trwa, bo nie uważam tej podróży za zakończoną. Chwilowo zatrzymałam się na nieco dłużej w egzotycznym kraju Polska, gdzie podjęłam pracę, prowadzę się trochę spokojniej, dni są bardziej poukładane, dieta została urozmaicona o twarożek i razowiec, wieczory o spotkania z przyjaciółmi, garderoba o sukienki i niewygodne buty, w których się dobrze wygląda ale kiepsko chodzi.

Izrael w nagrodę za wysiedzenie pół roku w jednym miejscu. Izrael bo pojawiła się promocja i mnie aż wszystko zaswędziało na jej widok. Gdy tylko kupiłam bilet, przez ciało przeszła fala ukojenia. Zaspokojony został głód przygody. Podróże uzależniają, a ja jestem beznadziejnym przypadkiem tego nałogu.

Izrael, bo przyszła pora by odwiedzić poznanych w trasie wyjątkowych i wyjątkowo mi bliskich ludzi. Mikiego powinniście pamiętać z moich relacji z Panamy. Tam to pewnej nocy wylądowałam w jakiejś wiosce w górach, w pewnym hostelu w którym prócz mnie był tylko jeden gość. Właścicielka zostawiła nam klucze, bo nie widziała sensu siedzenia na recepcji i doglądania pustawego miejsca. Tym pierwszym hotelowym gościem był właśnie Miki – sześćdziesięcioparoletni (to chyba najdłuższe polskie słowo jakie znam) Izraelczyk, elegancki, starszy, mądry, ciepły pan, który od samego początku otoczył mnie wyjątkową troską. Przez kilka kolejnych dni towarzyszyliśmy sobie nawzajem, wypuszczając się nawet na dwudniowy trekking przez dżunglę. Od tamtej pory mamy ze sobą regularny serdeczny kontakt i oto przyszła pora by się w końcu znowu spotkać.

Lądowałam w Tel Avivie o 3:00 w nocy. Normalny człowiek nie jest nawet świadomy istnienia takiej godziny. To ten nieokreślony czas, gdy wraca się do ciepłego łóżka z nocnego siku. Dla mnie nocne loty to nie pierwszyzna i mam na to już swój patent: po wylądowaniu spanko na lotnisku do 7:00 (najlepiej przy jakiejś kamerze monitorującej by ktoś miał mnie i mój bagaż na oku), poranna toaleta w hali odlotów, promocyjny zestaw śniadaniowy w którejś z kawiarni albo w Maku i jazda elegancko dziennym autobusem do hostelu by zostawić bagaż i ruszyć w miasto mając przed sobą cały dzień. Tak też wyglądał mój plan na Tel Aviv. Pozostali towarzysze podróży mieli dolecieć wieczorem więc planowałam ten dzień spędzić z Mikim i jego żoną. Ten oczywiście nawet nie chciał słyszeć o takim rozwiązaniu. Razem z Haną stawili się po mnie na lotnisku, mimo że mieszkają sporo pod Tel Avivem, a nawet jak się później okazało bliżej Strefy Gazy niż Tel Avivu. Przywitali, zapakowali, przywieźli, zaparzyli herbaty, wjechały słodkości, prezenty, wypłynęły wspomnienia i historie z międzyczasu i tak zastał nas wschód słońca.

Nie wiem kiedy zasnęłam ale wiem co mnie obudziło. Nalot. Jak na froncie. Huk przelatujących nisko samolotów. Ale to nie był taki hałas samolotów jak na lotnisku, to był huk żywcem wyjęty z filmów wojennych, kronik filmowych. Już w samochodzie Miki zapytał się mnie czy nie bałam się przyjeżdżać do Izraela w kontekście trwającego konfliktu palestyńskiego, działań wojennych. Odpowiedziałam, że samo to iż on z Haną żyją tutaj szczęśliwie, wychowują wnuki, urządzają sobie rowerowe eskpady po kraju, spacerują po plaży jest dla mnie wystarczającym dowodem na to, że jednak niebezpieczeństwo jest umiarkowane. Prawda jest taka, że u nas temat ciągnącego się konfliktu jest już zapomniany, ginie w tłumie ważniejszych, bardziej spektakularnych wydarzeń, jak Syria, Smoleńsk czy biust Natalii Siwiec. Moja czujność też przez to została uśpiona i nie przypuszczałam że jest to tak aktywna wojna i regularne ostrzały. A że Miki mieszka 30 kilometrów od Strefy Gazy to jest świadkiem codziennych nalotów. Do śniadania również nie widziałam związku pomiędzy wojną a poklejonymi do siebie  taśmą klejącą kafelkami w eleganckiej łazience w ich domu. 3 tygodnie temu 10 kilometrów od nich miał miejsce tak potężny wybuch, że zaczęła im się odklejać glazura. I tak właśnie rano przy kubku kawy, paście z tuńczyka, ogórka kiszonego i jajka, miseczce oliwek dowiedziałam się że podczas porannych ostrzałów został ranny pracownik wykonujący jakieś prace na terenach przygranicznych. Opowiadali o tym jak o przeczytanej właśnie prognozie pogody. A gdy zapytałam że jak to przecież to niebezpieczne, że tak blisko, że to wszystko dzieje się tuż za ich płotem, dowiedziałam się że każdy ma tutaj w domu schron. O tym schronie opowiadali jak o piwniczce na wina, o czymś tak oczywistym jak lodówka w kuchni czy garaż na samochód. Oczywiście nie dałam im skończyć jeść, musiałam natychmiast zobaczyć taki schron domowy, który tutaj ma każdy. Pomieszczenie w piwnicy za pancernymi drzwiami, z dostępem do bieżącej wody, z włazem na zewnątrz, z wentylacją, z grubymi na pół metra ścianami. Bez luster, żyrandoli, kafelek. Z przyklejoną wojskową mapą Izraela. Miki z żoną trzymali tam jeszcze pralkę. Normalka.

Jeśli pojawia się niebezpieczeństwo ataku, dostają SMSowo informację o konieczności natychmiastowego udania się do schronu. Ostatnio mieli szczęście, bo taką wiadomość dostali, gdy akurat odwiedzali córkę w Panamie.

I długo to trawiłam. To że dla nich normalność to naloty, schron w domu i smsy z informacją o niebezpieczeństwie ataku. I że to jest tak samo normalne jak wyprowadzanie psa czy mycie samochodu w myjni. Że większym echem odbijają się tylko ostrzały obiektów takich jak przedszkole, szpital, droga ekspresowa. Cała reszta ucicha lokalnie, wspomniana co najwyżej przez „Głos Mokotowa”.

Po całym dniu spędzonym razem w Tel Avivie Miki i Hana odstawili mnie wieczorem pod hostel, gdzie miałam się spotkać z pozostałymi współtowarzyszami podróży. Miejscówkę do spania znalazłam nam super, z polecenia, zaraz przy plaży, w samym centrum miasta, relatywnie niedrogo, a to pewnie dlatego że sąsiaduje ściana w ścianę z ambasadą USA :)

Dodaj komentarz