ladies night

Zdrowo pobłądziłam. Niby taka mała wioska i wyspa Joal-Fadiout, a jak się robi coraz to większe kółka wokół osady to dociera się gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. Stamtąd idziesz jeszcze dwieście metrów dalej zwiedziony głośną muzyką i lądujesz w samym środku przygotowań do wieczornego wydarzenia na dzielni. Do końca nie wiem co to było, mówili że disco, rozumiem że z racji islamu jest to disco tylko dla kobiet, jednak pretekstem dla niego jest moim zdaniem wieczór panieński, na pewno impreza około weselna. Bo to wyglądało tak: sześciu bębniarzy, grających na żywo przy akompaniamencie DJa puszczającego linię melodyczną, na piaszczysty plac wystawione są głośniki, wokół porozstawiane plastykowe krzesełka, chyba ze sto. Tak wyznaczony jest dancefloor.

Początkowo wszyscy są zdziwieni moją obecnością, nie mniej niż ja tym, gdzie się znalazłam i co tutaj robię. Witają przyjaźnie, ustawiają dla mnie krzesełko przy muzykach – gwiazdach wieczoru. Modlę się by nie wręczono mi jakiegoś tamburyno i nie kazano śpiewać. Ale nie, ja mam tylko siedzieć i patrzeć i pozwolić im na siebie patrzeć. Zaczynają grać a ze wszystkich uliczek na plac schodzą się kolorowo, pięknie odświętnie ubrane panny i kobiety, zawinięte w boubou, z turbanami na głowie, wyglądają jak najprawdziwsze kwiaty. Pełen makeup, gruby podkład, zagęszczone rzęsy, cienie na powiekach po samo czoło. Długo nad tym musiały pracować. Nagle muzykanci przenoszą się pod jedno z domostw. Tam zebrane są panny ubrane w jednakowe suknie (druhny?), a seniorka rodu (matka panny młodej?) niesie na głowie wielką walizkę (posag? wyprawka? podarki?), kładzie ją na macie i wszystkie ciotki i kuzynki tańczą wokół.

Zaczyna się w końcu zabawa na całego dla wszystkich. Muzykanci wracają na plac, walą w bębny, raz po razie któraś z kobiet wstaje z krzesła i rusza przez cały plac w dzikim transie, podnosząc wysoko nogi, co jakiś czas rozchylając ponętnie suknię i pokazując majtki. Każda w ręce trzyma coś wartościowego. Najbardziej wartościowy jest dla nich telefon komórkowy, w tłumie mają chyba z dwa i sobie je pożyczają na czas występu. Czasami jak parkiet/piaskownica jest za długo pusta to muzycy stają się wodzierejami, idą w tłum, pajacują, zachęcają do tańca, wymyślają zabawy. Można na przykład przykleić im banknot do języka, albo oprzeć się o wystawione na środku krzesło i pokazać jak się wywija pupą.

Łatwo się domyślić jak kończy się ta przygoda – ja też wychodzę na parkiet, doprowadzając tłum do histerii zadowolenia. Zaczyna się niewinnie, jedna z kobiet macha głową bym i ja zatańczyła, ja odpowiadam gestem że nie bardzo wiem jak to się robi, na to ona zaczyna mi pokazywać kroki, ja chcąc być miła powtarzam po niej, dostrzega to jeden z muzyków, chwyta mnie za rękę i tanecznym krokiem wyciąga na środek parkietu. Zamykam oczy by po pierwsze nie spalić się ze wstydu, a po drugie by dać się porwać bębnom, by tak jak i one wpaść w swego rodzaju trans. Płynę w improwizowaniu. Nie mam sukienki by jak i one rozchylić ją i pokazać majtki, więc tylko chwytam za niski krok moich bermudów i podnoszę go możliwie wysoko. Publiczność wyje ze śmiechu i podekscytowania. Gdy otwieram oczy tańczy już koło mnie chyba z dziesięć kobiet. Długo nie pozwalają mi odejść, specjalnie też się nie opieram.

2 odpowiedzi na „“ladies night””

Dodaj komentarz