mora mora

Splądrowali mi bagaż gdzieś podczas tych wszystkich lotów, brakuje mi kilku drobiazgów, Air Madagaskar okazuje się że nie honoruje moich kart płatniczych, a jak w końcu docieram do przedstawicielstwa, to wszystkie bilety na loty krajowe, które mnie interesują są już wyprzedane, straszą mnie malarią i każą kupować tabletki, lunął pierwszy porządny deszcz, znak że pora deszczowa nie daruje mi tych kilku tygodni ładnej suchej pogody. Staram się zapanować nad tym wszystkim, biegam, szukam, załatwiam, kupuję, choć sprowadza się to do stania w gigantycznych korkach, czekania w kolejkach i poczekalniach. I do tego to poczucie uciekającego czasu, że przecież mam tylko cztery tygodnie na madagaskarską przygodę, a tutaj trzeci dzień już siedzę w stolicy. Jeśli o jakimś mieście można przeczytać, że jedną z jego atrakcji jest tor gokardowy, to wiedz że niewiele jest w nim do oglądania. A to właśnie między innymi piszą o stolicy Madagaskaru – Antananarivo.

Zatrzymałam się u Sylviane i jej rodziny. Znalazłam ją przez couchsurfing. Sylviane jest badaczką lemurów z tytułem doktora, żoną, matką dwojga małych dzieci, panią domu. Założyła swoją fundację zajmującą się ochroną środowiska i stara się ją prowadzić z domu, obwieszona dziećmi. Jestem z nimi w domu trzy dni i weszłam obiema nogami w ich świat. Śpię w pokoju z siostrzenicą Sylviane, wiem jak wejść tylnymi drzwiami do domu, gdy akurat nikogo nie ma, rano wcinam z nimi bagietkę z dżemem, wieczorem wspólną kolację. Z okazji mojego przyjazdu ugotowano regionalny klasyk – liście manioku z wołowiną. W smaku – intensywny posmak siana, zalatującego krową o konsystencji i kolorze szpinaku z wystającymi kośćmi. Każdy kęs kosztuje mnie wiele, zielenieje gdy na moim talerzu ląduje dokładka. Rozmowy z rodziną niespecjalnie wnoszą dużo w mój plan podróży, bo mimo wszystko lokalni ludzie podróżują mało, jeżdżą zwykle po rodzinie, inne krajobrazy uważają za atrakcyjne, nie bardzo orientują się w cenach i logistyce. Ale to nie ważne, dam sobie radę i bez tego. Bezcenne jest to siedzenie w ich domu. Domu w użyciu, czyli poplamionym, przybrudzonym, ale nie zaniedbanym, po prostu nie sterylnym, nie zagraconym masą gadżetów i ozdób jak nasze domostwa. Bezcenne jest na przykład też to, że widzę jak po śniadaniu gosposia staje na dwóch połówkach łupin kokosowych i sunie na nich po parkiecie niczym łyżwiarka figurowa, polerując w ten sposób podłogę.

By dostać się od nich z domu do miasta, trzeba najpierw przejść przez trzy podwórka i zostać równo obszczekanym przez lokalne psy pilnujące swoich posesji. Potem już tylko busikiem godzina jazdy w korku. Bo na wąskich ulicach Antananarivo musi zmieścić się pieszy, riksza, wóz z zaprzęgniętym zebu, stare zdezelowane citroeny jeżdżące tutaj jako taxi oraz nieskończona ilość busików. To wszystko porusza się w tempie najwolniejszego ogniwa – pieszego. Potem wysiadasz i idziesz przez miasto. Nigdy sam, bo oto cokolwiek zostanie omiecione twoim spojrzeniem – dostaje nóg i idzie za tobą. I tak jeśli choć przez nano sekundę spoglądałeś na zestaw nożyczek leżących na przydrożnym straganie, sprzedawca zaraz je porywa i biegnie za tobą, licząc że może jednak się skusisz. W ten sposób przemierzam miasto w towarzystwie obrusa, lipcowego wydania magazynu TIME, miotły, czy dziesięciopaku papieru toaletowego.

Taksówkarz zagaduje mnie skąd jestem, gdzie jadę i czy nie chcę może wynająć sobie kierowcę na czas mojego pobytu. Odmawiam, mówiąc szczerze że wolę tak ciasno i niewygodnie ale lokalesko z miejscowymi busikami międzymiastowymi przejechać cały ten Madagaskar. Zapunktowałam, pan się uśmiecha szczerze, mimo że właśnie stracił klientkę. I właśnie w takim po Afryce podróżowaniu fajne jest to że możesz być i królem i biedakiem. Możesz na bogato prowadzić się i kupować za pieniądze dosłownie wszystko, a możesz pobiedować razem z resztą. Siadam na zacienionej werandzie którejś z kawiarni w pięknym pokolonialnym budynku. Wokoło sami ekspaci, biznesmeni i lokalna klasa wyższa. Trochę pachnie czasami kolonializmu. Od ulicy oddzieleni jesteśmy wysokimi bambusami w doniczkach, by nikt z ulicy nas nie nagabywał i by schować na tymi krzakami brud i hałas ulicy, prawdziwe oblicze miasta. Dostaję swoją kawę i ciastko, jestem obsługiwana z wszelkimi należnymi honorami. Jestem damą. Płacę 3 euro i idę na bazarek naprzeciwko by znaleźć tę kobietę z miską sałatki z mango na głowie, która przemazała mi się gdzieś przez te zarośla. Kupuję za złotówkę porcję tego przysmaku, pakuje mi ją w woreczek, dostaję widelczyk, chwilę jeszcze z nią siedzę na krawężniku, bo staram się dociec składników tego rarytasu (jest to niedojrzałe ale już żółte mango, niesłodkie ale już o posmaku dojrzałego owocu, twarde i chrupkie, starte w słupki, z cebulką, solą, sokiem z limonki i piekącym finiszu papryczki). To przeskakiwanie pomiędzy światami, jest afrykańskim doświadczeniem samym w sobie, swoistą lekcją życia i obycia. Dobrze mieć w sobie pierwiastek każdej z tych rzeczywistości.

- mora mora – tak moją frustrację skwitowała Sylviane. To moje rozżalenie, że biletów nie ma, że muszę wracać do miasta po latarkę, że deszcz pada, że jeszcze nie ruszyłam dalej. Mora mora, czyli lokalne „spokojnie, spokojnie”, jest nie tyle słowem co określeniem stanu ducha i ciała. Mentalności Afryki. Nie przejmowanie się. Co ma być to będzie. Nie jest to pewnie koło napędowe rozwoju gospodarczego regionu, ale sposób na przetrwanie, pogodzenie się z losem i pewnie trochę usprawiedliwienie lenistwa.

- wy macie zegarki, my mamy czas – dodaje. I przypominam sobie o tym, kiedy po dwóch godzinach w korku, docieram w końcu na lotnisko, by za wybłagany bilet polecieć na północ. Jestem dwie godziny przed odlotem, bo tak kazała pani w okienku. Przyjeżdżam i dowiaduje się że samolot odleci za 5 godzin. Bo tak wyszło. Gotuje się we mnie, siadam na ławce przed terminalem, wyciągam książkę ale nie jestem w stanie się skupić, dym złości uchodzi mi uszami. Jestem nakręcona jak sprężyna, w moim świecie wszystko działa jak w zegarku, trybiki chodzą równo, jest jak zaplanuję. I to wszystko rozbija się tutaj na milion części. Chyba godzinę zajmuje mi przetrawienie tematu. Dociera do mnie, że sama się nakręcam, że nie jest tak fajnie jakbym chciała, tylko przez moje nastawienie. I oto cud, schodzi ze mnie złość, przeklikuje mi się coś w głowie, wskakuję w tryb mora mora. Patrzę na podirytowanych współpasażerów, patrzę dalej za płot lotniska, myślę sobie że w zasadzie nie mam pojęcia co tam jest i w sumie to dobrze, że mam jeszcze tych kilka godzin. A tam za płotem niespodzianka – głęboko we wsi wielkie wydarzenie – walki kogutów. Przerażające ale zawsze ciekawe. Z nimi tam spędzam kolejne godziny. I w tym trybie mora mora postanawiam funkcjonować. Nie planuję za bardzo, szyję na miejscu z tego co mam.

Jedna odpowiedź na „“mora mora””

  1. mora mora (Madagaskar), pole pole (Kenia), manana (Ameryka Poludniowa). Wyglada na to, ze tylko nasza europejska kultura wymaga od nas pospiechu i zycia z zegarkiem w reku. Czasami jednak wystarczy pojezdzic po swiecie, aby ten zatracony czas znalezc :)

Dodaj komentarz