nieświeży oddech hieny

Spaliłam się słońcem. Na dnie kosmetyczki znalazłam próbkę jakiegoś balsamu do ciała i pomyślałam, że akurat się przyda. Posmarowałam i poszłam spać. Rano budzę się, otwieram oczy i nie poznaję własnych rąk. Balsam okazał się próbką samoopalacza. Dłonie mam białe na zewnątrz i ciemnobrązowe wewnątrz. Wyglądam jak negatyw Murzyna. Miejscowi oczu ode mnie nie mogą oderwać.

W Harare spotkałam Helmuta i Tako. Helmut wygląda tak jak się nazywa – jest sześćdziesięcioletnim Niemcem, panem z wąsem w sandałach, ale przy tym prawdziwym podróżnikiem starej daty i wybitnym kucharzem amatorem. Tako jest dwudziestoośmioletnim Japończykiem w swojej podróży dookoła świata. Panowie od miesiąca razem podróżują. Spotkali się z Malawi i po prostu się zaprzyjaźnili, jak koza ze słoniem. Ze wspólnej taxówki na rogatki Harare, zrobiła nam się wspólna jazda nad Jezioro Kariba, wspólny nocleg w deszczu nad sadzawką z hipopotamami i wspólna decyzja że chcemy jakoś razem dotrzeć i zobaczyć Mana Pools.

Manana Pools to najdzikszy z parków narodowych Zimbabwe, najbardziej niedostępny i nieujarzmiony. Człowiek może i nazwał to miejsce ale zupełnie jeszcze nad nim nie zapanował. To rozlewisko rzeki Zambezi do której z gór schodzą pod koniec pory suchej wszystkie zwierzęta, w poszukiwaniu wody. Trafiliśmy dokładnie na czas tuz przed pierwszym deszczem, czyli przy rzece jest wszystko. Jest tam tez główny camp, oddalony o 80 km offroadowej jazdy od bramy parku.

W Kariba wszyscy nas przestrzegali ale też pomagali jak tylko mogli zorganizować nam tą wyprawę. Zdecydowaliśmy się na to na co nas było stać – wynajęcie przewodniko-kierowcy z samochodem 4×4 i pistoletem.Cała reszta to nasza surwiwalowa improwizacja. Namioty, przy czym ten Helmuta i Tako był cały posklejany taśmą klejąca po ostatniej konfrontacji z guźcem, jedzenie, garnki z domu od Niende – kierowcy. Jedziemy! W imię ojca i syna i ducha świętego.

- I tell you Maja, everything is moving here

Płakałam ze śmiechu i strachu, gdy tylko Helmut mi to zakomunikował, po tym jak zdecydował się wyjrzeć z namiotu by oszacować straty po nocnym nalocie hien na nasze obozowisko. rozprawiły się ze wszystkim, wylały nawet gar przegotowanej wody, pozbawiając nas picia na cały kolejny dzień. Słyszałam sapanie, warknięcia, mlaskanie, krzyki Niende, który starał się je przegonić. Kazał nam pozapalać latarki i narobić hałasu w namiotach. Nie wychodzić.

Camp to szumnie powiedziane – to nieogrodzony kawałek ziemi przy niewielkiej osadzie, z kilkoma paleniskami i kranami z wodą. cała zwierzyna idąca w nocy napić się do rzeki musi przez niego przejść. Te noce były straszne. Pukałam się w czoło, ale też popiskiwałam w niedowierzania i fascynacji. Leżałam na ziemi w tym moim namiociku, który miał robić za bunkier przeciwatomowy. głowę miałam zaraz obok kranu z kałużą, do której przychodziły napić się zwierzęta. potrafiłam rozpoznać kotowate, psowate, kopytne zebry albo bawoły. a potem podchodziły i słyszałam jak obwąchują namiot. nieświeży oddech nad moją głową. Do tego ta melodia pojękiwań, nawołań, wycia, warczenia. I ryk lwów w oddali budzący respekt i strach, albo nagły nierozpoznawalny szum ciał i wody 10 metrów dalej nad rzeka, gdzie krokodyle polowały na zwierzynę u wodopoju. Niezapomniane.

W ciągu dnia było jak w raju. człowiek i wszystkie afrykańskie zwierzęta, bez klatek i ogrodzeń. słoń w drodze do toalet, bawół w krzakach odrobinę dalej, koleżanka hiena posilona naszą fasolą leżąca w słońcu, skorpion w bucie, wszelkie rodzaje antylop jak dobre sąsiadki spacerujące spokojnie wokoło. Okazuje się że można tak razem na kupie, jak za praczasów. nie można tylko wchodzić sobie w drogę. wystarczy puszczać przodem, nie zwracać uwagi.

Do pokrojenia pomidorów potrzebne były trzy osoby, z czego dwie odganiały wszelkie małpy. Gotowaliśmy nad ogniskiem, Helmut wyczarowywał dania na miarę restauracji pięciogwiazdkowej. Jedzenie trzymaliśmy w kartonach w samochodzie, przywiązane sznurami, obłożone kamieniami i kołami zapasowymi. W ciągu dnia jeździliśmy po parku, ale też dużo chodziliśmy. parkowaliśmy gdzieś i z Niende i jego karabinem po prostu szliśmy śladami zwierząt. Tak wytropiliśmy dzikie psy afrykańskie które są na wyginięciu, całą sforę ze szczeniakami, tak tez podeszliśmy do lwów przy upolowanym słoniu, chowaliśmy się w krzakach przed słoniami, bawoły – zabijaki afrykańskie omijaliśmy szerokim łukiem.

lwy nad upolowanym słoniem

To było doświadczenie totalne. bratanie się z naturą. na krawędzi, wariacko, z dreszczykiem, śmiesznie. najpiękniej. ciężko mi się jakoś pozbierać. jutro mam samolot do Polski. nie chcę. będę tutaj wracać. na pewno.

Dodaj komentarz