podaruj sobie odrobinę luksusu

Najczystsze są kabiny znajdują się najdalej od wejścia do toalety. Nie prowadziłam żadnych statystyk potwierdzających tą tezę, ale odwiedziłam już wiele toalet na całym świecie i taka jest prawda. Uważam tę obserwację za cenną i od niej zacznę ten wpis.

Ląduję na Nosy Be, chyba najbardziej turystycznej z wysepek Madagaskaru, ale najłatwiej się na nią dostać i łatwo mimo wszystko znaleźć tutaj sobie cichy zakątek, a o to mi w tym momencie chodzi. Ja muszę zacząć ten wyjazd od wypoczynku, natychmiast.

Jest po sezonie, więc turystów niewielu, wszyscy stoimy w poczekalni przy taśmach na bagaże i jesteśmy bombardowani przez chmary latających chrabąszczy. Plaga egipska, obrzydlistwo. Ale ludzie są tak zaprogramowani już na bajkowe wakacje i rajskie plaże, że zdają się tego nie zauważać, ma być jak z folderu, wypierają wszystko co złe i brzydkie ze świadomości, stoją twardo wpatrzeni w przejeżdżające walizki. Sytuacja z taksówkami przed terminalem przypomina giełdę nowojorską. Wszyscy krzyczą, wymachują rękami, wołają do siebie, pokazują ci jakąś wymiętą kartkę – tabelę stawek z cenami z kosmosu, odsyłają jedni do drugiego, lamentują, negocjują, wyklinają. Przypomina to też trochę targ niewolników: w pierwszej kolejności schodzą ci którzy nie dyskutują z tabelą stawek, zgadzają się zapłacić zylion, jadą. Potem ci kombinujący, którzy zaczynają rozkminiać, by może zebrać się w cztery osoby i zapełnić jeden samochód jadący w danym kierunku, na samym końcu swojego kierowcę znajdują ci narzucający swoją cenę. Ja z góry założyłam, że zapłacę max 1/3 podawanej kwoty. Na początku w ogóle nie jestem traktowana poważnie, ale z czasem, gdy parking pustoszeje a terminal przylotów zaczyna świecić pustkami, zaczynają podchodzić do mnie ci wszyscy, który nie dobiegli w porę do eleganckich turystów pachnących gotówką. Jadę.

Miejsce które sobie na ten wypoczynek wybrałam, wytypowało się samo, po prostu wpisałam w google camping i Nosy Be. Jedno trafienie. Potem jeszcze tylko sprawdziłam jak to się ma względem turystycznego zagłębia uciech i kiczu – jest dokładnie po drugiej stronie wyspy, gdzie nie ma niczego. Idealnie. Jedziemy po jakiś wertepach, dawno zjechaliśmy już z głównej drogi okalającej wyspę. Jest już noc gdy docieram na miejsce. Niewiele widać, ciemno, wszystkie światła wygaszone. Ni ducha. Taxówkarz pyta się mnie czy mam rezerwację, czy ktoś wie o moim przyjeździe. Ja na to, że nie. Trąbimy, przybiega jakiś mężczyzna, kierowca tłumaczy mu, że chcę się tutaj rozbić z namiotem, ten trochę się dziwi, ale też uśmiecha, bierze mój plecak. Idziemy w kierunku plaży, na lewo i prawo stoją puste bungalowy, pomiędzy tym wszystkim palmy i mangowce. Mężczyzna każe mi wybrać sobie miejsce. Ja oczywiście rozbijam się centalnie przy plaży, między palmami, tak jak sobie wymarzyłam. Pytam się, czy ktoś tutaj jest z gości. Nie. W zasadzie są już zamknięci, jest po sezonie. Właściciela też nie ma, jest dzisiaj w mieście. Pytam o łazienkę. Pokazuje mi toaletę. Pytam o prysznic, pokazuje mi rurę sterczącą z ziemi na plaży i służącą, zgaduję, do opłukiwania się ze słonej wody. Liczyłam na coś bardziej hm … kameralnego… Dobra, co tam prysznic, kiedy to przeczuwam poważniejszy problem. Pytam, czy można coś zamówić do jedzenia. Nie, kucharz zmarł nagle dwa tygodnie temu, kuchnia też jest zamknięta. Trochę to zaczyna się robić śmieszne, trochę straszne, trochę jak z horroru: pusty ośrodek, nagła śmierć kucharza, nieobecność właściciela. Ale tam, pokazuje mi palcem rozświetlony punkt na plaży jakiś kilometr dalej, tam mogę zjeść obiad. Przy rozkładaniu namiotu przypałętało się do mnie jakieś bezpańskie szczenię, które podrapanie śledziem za uchem wzięło za akt dozgonnej adopcji i żwawo ruszyło ze mną, jak za swoją panią, w kierunku restauracji na drugim końcu plaży. Sto metrów przed celem zatrzymuję się i ciężko wzdycham. Bo oto owa restauracja jest wypasionym resortem all inclusive ze stolikami rozstawionymi na plaży, z pochodniami, świeczkami i koszami prawdziwych kwiatów, z muzykiem przygrywającym do kotleta, z roześmianymi ludźmi. I przy tym wszystkim ja z tą latarką i zapchlonym psem u boku, nadchodząca od strony morza, wyglądałam jak jakiś lokalny poławiacz krabów czy inny zbieracz muszli. Nic to, głód i pragnienie są silniejsze. Każe psu czekać, o dziwo zrozumiał, usiadł i patrzył jak odchodzę. Mijam taras na plaży z pięknie powystawianymi stolikami, przy każdym para nowożeńców, na pewno bo cały obrazek wygląda jak żywa reklama rajskiego ośrodka idealnego na miesiąc miodowy. W restauracji mówią że nie obsługują gości z zewnątrz, że nie mają nawet menu, mam iść na recepcję. Tam tłumaczę, że tak naprawdę są dla mnie jedyną opcją jedzeniową dzisiaj, jak nie oni to zostaje mi wioska kolejne 5 kilometrów dalej. Dzwonią do szefa, rozmawiają, po czym informują, że niestety nie mogę u nich zjeść, bo ośrodek zamknięty, bo all inclusive. We mnie się wezbrało, bo oto chyba właśnie tracę wiarę w ludzkość, odmowa z ich strony oznacza, że oto kilometr od tego ośrodka luksusu będę tam u siebie uzdatniała wodę tabletkami, by chociaż mieć dzisiaj czego się napić. Otwarcie im to mówię. Zadziałało. Posadzili mnie w pięknej sali restauracyjnej, dostałam swojego kelnera, trzy komplety sztućców, trzy szklanki, dwa kieliszki, otwarty bar sałatkowy, pierwsze, drugie, deser, dwie butle zimnej wody „na wynos” i rachunek na 15 euro, co uważam za najlepiej wydane tego dnia pieniądze. Ale jeszcze siedząc w tej sali i delektując się obiadem, przyglądając się tym szalenie eleganckim ludziom, widać że przebranym specjalnie na kolację, doświadczając tej napompowanej atmosfery luksusu, pomyślałam sobie, że gdyby tak teraz wparował tutaj na tą sale/patio ten mój kundel bury, zniecierpliwiony czekaniem, a najlepiej jakby po drodze wytarzał się w tej zdechłej rybie i wodorostach, co je tam mijałam. Ale byłaby heca! I gdy ci ludzie wstawali od stolików, brali klucze do swoich pokoi, pomyślałam o mojej rurze pełniącej rolę prysznica i że jeszcze nie wymyśliłam jak chce z niego skorzystać.

Noc na plaży przejdzie do niezapomnianych. Przejęty pan stróż, wyciągnął sobie leżankę i spał czuwając niedaleko mojego namiotu. Spałam jak dziecko, omiatana co jakiś czas światłem latarki troskliwego kompana, który kontrolował okolicę niczym latarnia morska. Rano budzę się i przez siatkę moskitiery widzę białego człowieka pochylonego nad moim namiotem. To Marcel – właściciel terenu, Szwajcar, od 15 lat bytujący na Madagaskarze. Wrócił późno w nocy, zaprasza na śniadanie. Przy stole bacznie i z niedowierzaniem mi się przygląda. Pytam o cenę za kamping, odpowiada że nie wie, bo jeszcze nikt u niego namiotem się nie rozbijał. Mówi, że to nie ma sensu, że domki stoją puste, za pół darmo oddaje mi który chcę. Miejsce jest rajskie, biorę domek i zostaję tutaj przez kolejne trzy dni.

5 odpowiedzi na „“podaruj sobie odrobinę luksusu””

  1. Internet zeznaje ze cena za dinner w tym hotelu (w ramach pakietu all inclusive) to 65 EUR wiec potraktowali Cie bardzo po ludzku z tymi 15-stoma ! Dalbym im like na tripadvisorze ;)

Dodaj komentarz