Pustynia Negev jak odważnik

Urlopowe tempo podróżowania, przemieszczania, naćkania atrakcjami, intensywnością doznań nie daje czasu na pisanie. Wieczorem padam jak zabita. Ale dzisiaj przypomniały mi się stare dobre czasy, tak oto mamy 1:30 w nocy a ja siedzę w śpiworze na ławce przy recepcji. Ławkę wymościłam sobie poduszkami z krzeseł z kuchni. Musiałam ewakuować się z łózka w pokoju bo pluskwy się zniuchały i zaczęły mnie wypijać. Znalazłam tym samym chwilę na pisanie, bo spania sobie nie wyobrażam.

Mimo że Izrael to kraj azjatycki, jest on kulturowo bardzo europejski. Ale to właśnie dzięki temu pierwiastkowi orientu można tutaj jeszcze przeżyć przygodę na miarę dalekich egzotycznych podróży.

Zapragnęła nam się wyprawa jeepem po odludnych zakamarkach pustyni Negev. Jeszcze z Polski temat ogarniałam i śmiało mogę przyznać że mam dar wynajdowania przedziwnych ludzi, robiących rzeczy te same co inni ale w niezapomniany, na swój dziwny sposób. Roni z którym mailowałam był najbardziej kompetentny, jak na Izrael tani i oddany temu co robił. Maile od niego to była prawdziwa literatura – te  sienkiewiczowskie opisy przyrody sprawiały że już widziałam to co dopiero zobaczyć miałam. Wzięłyśmy. Przygoda zaczęła się w zasadzie jak tylko wysiadłyśmy z autobusu i zapytałyśmy o ten namiot gościnny Roniego co to jest nad kraterem (całe miasteczko Mitzape Ramon w pewnym momencie się dosłownie urywa, bo wisi nad 300 metrowym kanionem). Pokazano nam zabudowania po drugiej stronie drogi szybkiego ruchu. I w sumie wszystko się zgadza: namiot beduiński jest, tyle że współczesne namioty beduińskie są budowane z czego bądź, konstrukcje na bazie gumki recepturki, blachy falistej oraz filcowej wykładziny, a lokalizacja nad kraterem znaczy tyle że jest to ogródek na tyłach domu Roniego, Mati, ich trójki dzieci i psa Lady. Sam Roni wygląda jak pensjonariusz w schronisku Brata Alberta. Zarośnięty, zaschnięty, uśmiechnięty. Popatrzyłyśmy się po sobie i jakby nigdy nic, bez zaskoczenia brnęłyśmy dalej. Przy herbacie ze świeżymi ziołami starałyśmy się doprecyzować plan naszej wycieczki, ale Roni tylko powtarzał ostatnie zdanie z mojego maila: że to jego rola by nasze dwa dni wypełnić atrakcjami i uczynić nasz pobyt niezapomnianym. I że mamy mu zaufać. By zobrazować w czym rzecz, podał mi stojący pod ręką odważnik (to teraz możecie sobie wyobrazić jak wygląda miejsce w którym pod ręką są takie rzeczy jak ołowiany odważnik), który był niewielki, jednak na tyle ciężki że ręka jakby nie doszacowała wysiłku jaki musi wsadzić w jego utrzymanie i spadała szubko ku ziemi. To jest właśnie iluzja…. – powiedział. I jeśli ktoś z was zrozumiał, odkodował tą metaforę odważnika i naszego planu wycieczki to bardzo proszę o maila.

My postanowiłyśmy zaufać Roniemu i wyruszyliśmy na dwudniowy tour w najbardziej odludne zakamarki Negev. Wyprawę zaczęliśmy małym samochodem osobowym, którym Roni wywiózł nas na peryferia Mitzpe Ramon gdzie czekał jeep do dalszej przeprawy. Jeep nie mógł wjechać po nas do miasta bo kierowca jeepa – Beduin Salem, jak się okazało, nie miał prawa jazdy. Do bagażnika osobówki oczywiście nie wszystko się zmieściło, we trójkę ledwo my zmieściłyśmy się na tylnym siedzeniu, pod nogami trzymając plecaki, a na kolanach, za głowami – rolowane materace, koce i śpiwory. Nie było opcji by podziwiać jakiekolwiek widoki przez okno, Agnieszka z tego ścisku i dopchania bagażami dostała ataku klaustrofobii, Kaśka – ataku alergii na kurz. Potem było już tylko lepiej i jeszcze bardziej zaskakująco. Przestałyśmy już nawet dopytywać o kolejne punkty programu, gdyż odpowiedź na jakiekolwiek pytanie była tak poetycko-mistyczno-pokrętna że aż bez sensu. Zjechaliśmy z głównej drogi i przez długi czas jechaliśmy po prostu na przełaj przez pustynię, przez kamieniste wzgórza, wyschnięte koryta rzeczne. Krajobraz z każdym kilometrem mniej przypominał Ziemię a coraz bardziej Marsa.

Nasz łazik zatrzymywał się na każde nasze zawołanie a także gdy Roni zaordynował podziwianie, spacer, rozprostowanie nóg, szukanie kamiennych malowideł albo skamielin po pra morzu. Ja jednak miałam największe szczęście do wszelkich niewypałów. Wojsko powinno mnie zatrudnić do wykrywania wszelkich tego rodzaju niebezpieczeństw. Z każdego księżycowego spaceru przynosiłam różnego kalibru amunicję:

Gdy tylko znaleźliśmy środek niczego, tam rozbiliśmy obozowisko na noc. Tylko my i noc i cisza piszcząca w uszach. Jak ekspedycja poszukująca wody na księżycu.

k

Okazało się że Roni zanim został przewodniko-szamano-kontemplatorem świata był politykiem a jeszcze wcześniej- szefem kilku restauracji, z czego kilka z nich zaszły bardzo wysoko w najróżniejszych gastronomicznych rankingach. Stąd wyobrażacie sobie jak obłędne jedzenie wyczarował w tym naszym ognisku. Z tej tony pudełek, pojemników i słojów które ze sobą woziliśmy powstała smakowita uczta pod gołym niebem, doświetlona płaskim światłem księżyca w pełni. To światło dawało uczucie planu filmowego, gdzie realny jest tylko pierwszy plan a drugi to już malowana zastawka, trochę jak obraz Panoramy Racławickiej, mocno teatralnie.

Grzebiąc patykiem w ognisku, grzejąc kolejne czajniki herbaty prowadziliśmy rozmowy o życiu, przejedzeniu, pustynnym zimnie nadchodzącym od tyłu. Roni w pewnym momencie zwrócił się do nas z takim oto wyznaniem, że zgodnie z literą prawa musi nas poinformować że pali marihuanę w celach leczniczych i ma pozwolenie na jej posiadanie. Po zażyciu swojego lekarstwa, przy użyciu wodnej fajki skonstruowanej z butelki po coca coli, rozmowy wpłynęły na bezkresny ocean świadomości i podświadomości. Szarą eminencją całego tego wyjazdu był Salem – nasz kierowca Beduin, który mówił tylko po hebrajsku a Roni tłumaczył nam co dziesiątą jego wypowiedź. Wykluczało to go z jakiejkolwiek rozmowy. Jednak reagował on na dwa polskie słowa – szklanka i herbata. Nie dlatego że znał ich znaczenie ale brzmiały mu one z hebrajskiego. I coś w tym faktycznie jest.

Kolejnego dnia zgodnie z szabatowym pustynnym czasem, czyli trzy godziny później niż planowaliśmy, zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy okrężną drogą w kierunku cywilizacji. Ponieważ jednym z punktów programu była wioska beduińska to po prostu pojechaliśmy do Salema do domu. Stamtąd mięliśmy jakąś osobówką wrócić do miasteczka (ponieważ Salem nie ma prawa jazdy i nie może wjechać do miasta). Jednak akurat szabat pokrył się z jakimś muzułmańskim świętem i Roni miał poważny problem by jakiegoś znajomka namówić na przysługę. Gdy po dłuższym czasie na horyzoncie pojawił się w końcu jakiś samochód, nadzieja poderwała nas z odrętwienia. Ale gdy okazało się że samochód nie jest po nas, tylko z jakimś na szybko zorganizowanym jedzeniem dla nas, pomyślałam że to zły znak. Zdążyliśmy wrócić do Mitzpe przed zachodem słońca który był spektakularny. Krater Ramon to jedno z piękniejszych miejsc jakie widziałam.

Kolejna noc w beduińskim namiocie w ogródku u Roniego okazała się być nieprawdopodobnie odprężająca i wygodna. Spałyśmy jak zabite. Roni uważa że to dzięki energii z kamieni które przywozi z pustyni i które stanowią element dekoracji i wystroju namiotu (zaraz obok skrzynek po CKMach i butelek wypełnionych warstwami kolorowego piasku z okolic krateru).

Dodaj komentarz