robots znaczy światła

Chaos – tak nazywał się taksówkarz, który wiózł mnie z lotniska i tak też wyglądała nasza jazda do domu Philippa. Dzięki bogu jeszcze na lotnisku kupiłam lokalną sim kartę i doładowanie. Połowę z tego przegadałam starając się ustalić gdzie jestem, a gdzie mam być. Gdy stopień podirytowania każdej ze stron osiągnął szczyt, przestraszony Chaos w ogóle nie chciał się już rozłączać, tylko przez telefon opowiadał Philipowi co widzi i gdzie jedzie, licząc że ten go zdalnie namierzy. A tutaj ciemna noc, dzielnica z rezydencjami, z których każda schowana jest za wysokim murem.

Philipp to couchsurfer, który zgodził się mnie przygarnąć na dwie noce, pracuje nad projektem gospodarki wodnej Zimbabwe w ramach współpracy dyplomatycznej austalijsko-niemiecko-zimbabwańskiej. Gdy się na niego patrzy, eleganckiego pana w swoim domu z kortem tenisowym, sąsiada premiera Zimbabwe, to aż trudno uwierzyć w historie które opowiada. W latach dziewięćdziesiątych intensywnie podróżował, ale tak po bandzie. Jeździł na dachach pociągów towarowych, przewalał się po więzieniach tybetańskich, czy laotański za nielegalne przekraczanie granicy i opiaty oczywiście, rodzina znajdowała go w szpitalach afrykańskich, w których leczyli go z pasożytów, o których świat jeszcze nie słyszał. Aż rząd niemiecki potrzebował kogoś z doskonałym zrozumieniem różnic kulturowych do skutecznego zarządzania ludźmi w krajach trzeciego świata. I tak oto Philipp przeszedł transformację, stabilizację i pasja jest teraz jego pracą.

Gdy siadamy na tarasie przy welcome drinku, potwierdza wszystko to co słyszałam: samemu i bez samochodu jest ciężko przejechać Zimbabwe. Ale czy nie dlatego tutaj jestem? Bo właśnie chcę by łatwo nie było? Daje mi szereg numerów do ludzi, którzy mogą mi na trasie pomóc dostać się do różnych parków narodowych, albo poradzą w kwestii transportu. Opowiada mi również o pasożytach i chorobach, dzikiej zwierzynie, co kiedy jakiemu turyście hipopotam czy inny krokodyl odgryzł. To nie ludzi ale zwierząt i chorób mam się obawiać.

Dom Philippa to on, jego gosposia, ochroniarz który w ciągu dnia jest kobietą, a w nocy mężczyzną oraz kot Shambo. Wszyscy, włącznie z kotem stwierdzają że w Harahe nie ma nic ciekawego do oglądania. Mimo wszystko chcę to nic zobaczyć. Poza tym muszę po swojemu chwilę posiedzieć na krawężniku i przypatrzeć się codziennemu życiu, nauczyć się tej nowej rzeczywistości. Mówię im że słyszałam o Mbare i że chcę tam pojechać. Gosposia się przeżegnała, ochroniarz chwycił za głowę, ale Philipp stwierdził że na tyle na ile zdążył mnie poznać – dam radę. Tylko ostrożnie. Zostawiłam wszystko w domu. Woda, aparat, drobne i w drogę, wzdłuż murów eleganckich rezydencji, do miejsca gdzie bogate spotyka biedne i ludzie dojeżdżają do miasta przepełnionymi minibusami. Zatrzymuję jakiś, wsiadam, konduktor zbiera za przejazd, mówi że 1$, odpowiadam, że przecież 50 centów, uśmiecha się, cały busik wiwatuje i kiwa z uznaniem głowami, swojak jestem, jedziemy.

Chcę kupić bilet na jutro do Bulawayo. Zaczynam więc od stacji autobusowej, gdzie to dopiero dociera do mnie, że oto jestem w Zimbabae, w Afryce dzikiej. Syfnie i HIVnie, rozpierdolnik, hałas, grillowana kukurydza, cinkciary, stół bilardowy obok szaletu. Stoję chwilę i szczerze się śmieję. Kocham to. Nawet nie wiedziałam jak mi tego brakowało. Kupuję bilet i maszeruję przez miasto, zatrzymując się to na śniadanie to na colę, siedzę trochę w parku, chwilę na krawężniku. Oswajam się z tym co widzę. Znajduję kolejny mini dworzec z mini busami.Zamieszanie jak w każdym tego typu miejscu. Pasażerowie, sprzedawcy, zaganiacze, panny na wydaniu i miejskie obiboki, tragarze i kierowcy. Pytam pierwszego o bus do Mbare. Pokazuje ręką że mam iść dalej. Po czym po dworcu swoimi kanałami rozchodzi się wieść, że ta jedyna biała chce się dostać do Mbare. Nie muszę już nikogo pytać, kolejne mijane osoby pokazują mi gdzie iść dalej, przekierowują prostym gestem ręki jeden drugiemu. W busie sadzają mnie obok kierowcy. Miejsce w pierwszej klasie. Im dalej od centrum tym więcej zaczepek pod moim kątem ze strony mijanych przechodniów. Ignoruję. Pomaga. Jeśli nie pomaga, to kierowca albo któryś z pasażerów odszczekuje coś w mojej obronie w języku Shona, tak bym ja nie rozumiała a tamtemu nosa przytarło. Kierowca zatrzymuje bus i mówi że to tutaj. Mówi to takim tonem jakby właśnie podwiózł mnie pod szubienicę. Wysiadam, tamci odjeżdżają. Oczy całego świata są teraz skierowane na mnie. Ludzie widać nie wierzą w to co widzą. Przez chwilę jestem zdrowo zestrachana. I to chyba tak działa, że ludzie widzą twój strach i zaczynają widzieć w tobie ofiarę. Przypominają mi się słowa Philippa, że muszę w Mbare udawać że jestem stąd, z Zimbabwe (w całym Zimbabwe jest sporo białych, Brytyjczycy z czasów Rodezji). Więc ruszam przed siebie pewnym krokiem jakbym szła odebrać zamówiony worek ziemniaków. Uśmiecham się do wszystkich i odpowiadam na milion zawołań, hi!, hello!, how are you? To odczarowuje cała sytuację. Jestem gościem w ich dzielni i serdecznie mnie w niej witają.

Chodzę tak po całym Mbare jakbym wiedziała gdzie idę, choc tak naprawdę błądzę w tym labiryncie straganów, domów, hałd śmieci. Jest miejsce z używaną odzieżą, jest wielki plac na którym pod chmurką fryzjerzy czeszą i strzygą, warkoczyki zaplatają, a ścięty włos zalega na trawie grubą warstwą, są gar kuchnie, jest cały dział z używanymi oponami i jest też ze specyfikami medycyny naturalnej. Przypomina to warsztat czarnoksiężnika. Igły jeżozwierza, odchody słoni, róg nosorożca, ptasie gniazda, kora drzewa, korzonki, suszone kwiaty. Wszystko na coś. Słoniowa kupa dobra na katar, igły jeżozwierza palą na ból głowy. Na potencję dobre jest w zasadzie wszystko co mają, marynowane węże są najbardziej chodliwe.

W mieście z racji niedzieli co krok to prorok. Wszelkie wyznania celebrują swoje święto. Sekty, sekciarze, chrześcijanie, szamani, każdy modli się do swojego boga. Jedno ich łączy – pozytywne wibracje. tańczą, śpiewają, klaszczą, wołają Alleluja!, śmieją się, błyszczą strojnie w tym słońcu. Uwalniane są takie pokłady fajnej energii, że aż rozkładam kocyk i leżę sobie obok jednej z takich mszy polowych, ładując akumulatory. Nawet nie wiem o czym tam tak sobie śpiewają, to nieważne, ogólny przekaz jest jasny i radosny. I myślę sobie o naszych smutnych szarych kościołach, mszach na których obrywa ci się za grzechy całego świata, gdzie piętnuje się, grozi palcem, straszy piekłem. Ci tutaj co niedzielę pozytywnie się formatują i przestrajają na właściwe fale. Tak to chyba powinno wyglądać.

Jednak hitem niedzielnym są zbiorowe egzorcyzmy, które namierzyłam w hangarze obok parku. Ma to w sobie dużo ze zgrupowania przedstawicieli handlowych Amway, „jesteś zwycięzcą”. Cała sala pełna ludzi, stoją mają podniesione ręce i powtarzają słowa lidera, czy też mu wtórują pokrzykiwaniami, biciem się w pierś. Na scenie egzorcysta, w towarzystwie swoich ochroniarzy (tak wyglądają ale chyba pełnią też rolę pomagierów, egzorcystów niższego szczebla). Ludzie napierają pod scenę, tłoczą się. Ten tam wybiera z tłumu pojedyncze jednostki, kładzie rękę na głowie, szarpie w każdą stronę delikwentem wykrzykując mu do ucha i do mikrofonu tajemne zaklęcia, ze słowem demon w środku. Jeden z drugim mdleją. W sali jest tak gorąco, tak tłocznie i tak długo ludzie się przeciskają się pod scenę, że wierzę że gdy w końcu dostąpią zaszczytu i zostaną wybrani z tłumu, wpadają w jakiś trans, potrząsani i kiwani przez egzorcystę i tłum na wszystkie strony i gdy ten ryknie im do ucha, padają z nóg. Ochroniarze wyciągają na pół omdlałego opętanego przez demony i dokańczają egzorcyzmów już sami na scenie.

- musi pani dojść do robotów i skręcić w lewo – tak mniej więcej wygląda rozmowa z każdym, kogo nie zapytam o drogę. Najpierw myślę sobie, że coś źle zrozumiałam. Potem przez chwile naprawdę wierzę w to co słyszę i idę szukać robotów. Jeszcze później myślę sobie, że przez roboty nazywają jakieś maszyny w stylu koparka, młot pneumatyczny, czyli roboty drogowe. Aż w końcu życzliwy student mówi mi że to są sygnalizatory świetlne. Już sobie od razu wyobraziłam moment, w którym ta nazwa została nadana. Powieszono pewnego dnia w mieście światła, które nagle zaczęły zarządzać ruchem drogowym. Usiedli lokalesi na krawężniku i się temu bacznie przyglądali, nie mogąc się nadziwić.
Z innych językowych ciekawostek: dzisiaj właśnie kupiłam bilet kolejowy z Bulawayo do Victoria Falls. Pani mówi mi że powinnam być na stacji o godzinie tysiąc dziewięćset. Że co? tysiąc dziewięćset, 1900, czyli siódmej wieczorem.
Włosy to jest tutaj ewidentnie temat. Włosy cię definiują, w nie należy zainwestować i potem dopieszczać. Panie to najchętniej chciałyby mieć proste blond. Niewykonalne więc hitem jest tutaj tlenienie włosów, choćby grzywki, najlepiej paska od uch do ucha wokoło głowy. Na ulicach na każdym rogu stoją fryzjerki i oferują zaplatanie warkoczyków, skręcanie, owijanie. Peruki i doczepiane włosy to tutaj standard. Ale do tego stopnia, że w damskiej toalecie powszechna jest sytuacja taka, że kobieta poprawia fryzurę, wstrząsa, potrząsa, po czym zbiera z ziemi wszystkie warkoczyki, które nie przetrwały tego zabiegu i odpadły. Podnosi z ziemi te półmetrowe pukle, wsadza do kieszeni i wychodzi.

Z Harare do Bulawayo jadę trochę nocą. Siedzę na miejscu przy kierowcy, jak i on mam pełny podgląd na sytuację na drodze. Nie mam tylko takiego luza jak on. Na drodze nie ma znaków, odblasków, linii pobocza, za to jest cała masa niezidentyfikowanych ciał astralnych. Samochody albo nie mają włączonych żadnych świateł, albo mają włączone wszystkie naraz, czyli długie z awaryjnymi.Czasami któreś ze świateł nie działa, dlatego na drodze mija się przedziwne konstelacje świetlne, całe niezidentyfikowane gwiazdozbiory świateł, jak na tankowcu czekającym na redzie na wejście do portu, wszystko miga i świeci. Na drodze prócz samochodów widmo, są jeszcze rowerzyści, piesi i zwierzęta. Wszystko idzie środkiem, wszyscy wierzą w to, że mają pierwszeństwo. A że wiara czyni cuda, udaje się za każdym razem ujść z życiem.

Dzisiaj już wyjeżdżam z Bulawayo. Mam zaległość z pisaniu, ale po ciężkiej pracy ostatnimi tygodniami nad książką, jakoś nie mogę się zmusić do siedzenia przed komputerem. Jazda po Afryce dzikiej jest spełnieniem moich podróżniczych marzeń. Jest to jechanka bez trzymanki na granicy zdrowego rozsądku, życia i śmierci. Chcąc podróżować niezależnie od zorganizowanych wycieczek po kraju, jeżdżę byle czym byle do przodu, zdana często tylko na ludzi wokoło. Dużo też chodzę, przemierzam długie kilometry pieszo, zanim coś złapię, lub ktoś się sam zatrzyma i mnie zgarnie. Mam wrażenie że jestem jedynym podróżnikiem w Zimbabwe. Ludzie szalenie mi kibicują, doceniają i pomagają.

Dodaj komentarz