seksturystyka – krótko i na temat

Będzie krótko, na temat i serio. Tak jak oferta miejscowych chłopaków.

Senegal i Gambia to nie są, moim zdaniem, destynacje dla kobiet samotnie podróżujących. Bo są to ulubione miejsca pań (Francuzek, Hiszpanek, Włoszek, Holenderek) szukających przelotnego romansu, miłości, seksu, umięśnionych, wysportowanych męskich ciał, egzotyki. Zjawisko na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

Wiedziałam o tym przed przyjazdem tutaj, ale pomyślałam że skoro ja nie jestem zainteresowana taką przygodą, to temat mnie nie dotyczy. Niestety dotyczy mnie przez to dwa razy bardziej, boleśnie. Bo muszę znosić zaczepki i nagabywania, końskie zaloty, bezpośrednie propozycje. I co gorsza, muszę znosić spojrzenia wszystkich naokoło, w busiku, w sklepie, we wiosce, dla których kobieta samotnie podróżująca jest jednoznacznie rozpoznawana jako seksturystka, bo tylko takie tutaj przyjeżdżają. A to w konsekwencji rodzi niechęć miejscowych kobiet, oschłość, szorstkość codziennych relacji, brak zainteresowania, czy wręcz pogardę. Tak mocno jak nad tym ubolewam, tak doskonale je rozumiem. Bo z wyglądu niczym się nie różnię od tamtych, bo normalnie nikt nie przyjeżdża z plecakiem i namiotem do Senegalu czy Gambii, bo na czole nie mam napisanego, że jestem po prostu podróżnikiem. Jakiekolwiek tłumaczenia nie są dla nich wiarygodne.

Na początku nie wierzę w to co słyszę. W jednym z pierwszych samochodów, które tutaj zbierają siedmiu chętnych na przejazd z miejsca w miejsce i ruszają w trasę, zagaduje mnie pasażer z lewej, rozmowa jak każda inna, skąd, dokąd, jaki mam plan na Senegal, czy już tutaj byłam wcześniej. Rozmawiamy po hiszpańsku, stąd nie wszystko zawsze w pełni rozumiem. Jednak gdy w pewnym momencie pada z jego strony propozycja, że czego my razem nie moglibyśmy razem zrobić, to najpierw nie dowierzam uszom, potem mojemu hiszpańskiemu, by na koniec złapać się za głowę. Nie przebierają w słowach. Jestem w stanie tylko z siebie wykrztusić „nie”. Na to on pyta czy trochę nie, czy nic a nic, bo rozumiem, że można tutaj jakieś pakiety usług wykupić sobie. Odmowę biorą za certolenie się i brną dalej w opowieściach.
I tak to wygląda tutaj na każdym kroku, dosłownie co sto metrów.

Obrażało mnie to, upokarzało, frustrowało, zabierało masę czasu, bo nie mogli pojąć tego, że ja nie z tych. A ja reagowałam coraz to bardziej agresywnie. Aż wpadłam na to, że można ich pokonać ich własną bronią. I teraz gdy tylko taki młody przedsiębiorca podchodzi do mnie z ofertą, staję i na cały regulator mówię czego to razem NIE będziemy robić, ani macanka nie będzie, ani buzi buzi, ani spaceru o zachodzie słońca bo nie jestem tym W OGÓLE zainteresowana i ma mnie natychmiast zostawić w spokoju. Drę się przy tym wniebogłosy by wszyscy ale to wszyscy-wszyscy słyszeli. Co mi tam. Ja za moment obrócę się na pięcie i ruszę w swoją stronę, zniknę stąd raz na zawsze a on zostanie tutaj na tej swojej dzielni zmieszany, wyśmiany, wychłostany spojrzeniami.

Skala zaczepek jest taka, że ja już przestałam wierzyć w to, że można tutaj normalnie z jakimkolwiek mężczyzną porozmawiać. Jak ktoś tylko się do mnie zbliża, albo w ogóle odzywa, to wiadomo z jakim tematem. I tak po krótkim pobycie w Banjul – stolicy Gambii, gdzie przeżyłam apogeum nękania, stwierdziłam że muszę wyjechać gdzieś w jakieś odludne miejsce bo inaczej ich wszystkich własnoręcznie rozszarpię. Znalazłam absolutny raj na ziemi. Długie kilometry szerokiej plaży, przy niej ani wioski, ani hotelu, nic, nic, nic i nagle pośrodku niczego kilka chatek, rodzinny interes. Pozwalają mi rozbić namiot. Jestem tylko ja, szum morza i para Polaków zdziwiona spotkaniem nie mniej niż ja. Ale miło. Nie wchodzimy sobie w drogę. Ja odpoczywam, przemierzam spokojnie godzinami plażę, spotykam na niej tylko giga meduzy wyrzucone przez morze albo umarłe żółwie i stado sępów nad ciałem. Jest doskonale. Trzy razy westchnęłam przy zachodzącym słońcu i ruszyłam plażą w kierunku mojego ośrodka. Trochę miałam do przejścia. Idę idę, gra mi muzyczka, robię piruet i zamieram. Widzę jak po tej pustej plaży biegnie do mnie jakiś lokales. Staję, chwytam się pod boki wkurzona już na maksa, że co on tutaj robi, jak mnie zniuchał, nich no tylko tutaj dobiegnie, piekło mu zrobię. Jeszcze dobrze do mnie nie dobił, a ja już mu ślę wiązankę. Kurczy się i kaja. Przeprasza, obiecuje, że zaraz sobie pójdzie, że dostrzegł mnie z wydm, przypuszcza że idę bo Boboi’a, a dzisiaj nów, za moment będzie doskonale ciemno i że powinnam biec, bo nie znajdę drogi za moment. Kurczę się i kajam, przepraszam i biegnę.

3 odpowiedzi na „“seksturystyka – krótko i na temat””

Odpowiedz na „dominika/gdansk