Senegal jak z obrazka

Dzisiaj przemierzając kilometry od wsi do wsi w okolicy Ndangane wbił mi się w podeszwę klapka jakiś kolec. Kuł mnie przy każdym kroku, wyciskanie, wypychanie, wydrapywanie nic nie dało, pazurki mam za krótkie. Widzę coś na kształt warsztatu samochodowego, myślę – kombinerki, szczypce, coś na pewno mają. Wchodzę, ściągam zakurzony bucik z mojej brudnej stópki, pokazuję w czym rzecz, rozglądam się po półkach licząc że znajdę właściwy przyrząd. Pan uśmiecha się, kiwa głową że już wszystko wie, bierze klapka do ust, wyciąga kolca zębami. Zajmuje mu to dwie sekundy, oddaje mi klapka, cieszy się że mógł mi pomóc. Proste rozwiązania najtrudniej przychodzą do głowy.

Gdy skończyłam prace nad moją książką i pliki poszły do drukarni, to okazało się że od 20 godzin jestem już w Dakarze, w tej kolejnej podróży. Książka pochłonęła mnie tak ostatnimi czasy, że nie mam ani planu ani nawet pomysłu jak ten Senegal objechać. I też los jeszcze żadnej podpowiedzi mi nie podsunął. Idę w miasto, może coś mnie natchnie. Muzeum narodowe – tam na pewno coś ciekawego o regionie znajdę. W drodze mijam uliczne stoisko ze wszystkim i niczym, siedzi przy tym uśmiechnięta ekipa kolesi, idę dalej ale kątem oka dostrzegam u nich wielkie pudło z widokówkami. Zaczynam w nim grzebać i wyciągam kolejne piękne widoki i zdjęcia kolorowych ludzi. Pytam co to, kto to, gdzie to, a to? Nazywają po kolei miasta, miasteczka, rezerwaty, grupy etniczne. Jeden z nich wyciąga jeszcze większe pudło z kolejnymi widokówkami. Dobra. Mam to. Wyciągam moją mapę Senegalu i proszę by mi pokazali te miejsca. Trochę nie wiedzą, trochę jak się okazuje z pisaniem u nich na bakier, poza tym ten nieszczęsny francuski, którego w ogóle nie rozumiem… ale ale! znajdują kogoś kto się zna i mówi po angielsku. Jakiś dziennikarz telewizyjny w drodze do pracy zatrzymał się by kupić coś tam u nich w kiosku. Moja mapa się zaczyna zapełniać. Pyta gdzie idę, ja że do Muzeum, zaprowadzi mnie ale musimy pędzić bo zaraz ma nagranie. Zaczyna opowiadać trochę o tych wszystkich miejscach z widokówek, ja jestem zachwycona, biegnę za nim z wyciągniętym notesem i długopisem jak natrętny reporter za celebrytą. Pytam które miejsce w Senegalu jego zdaniem jest najpiękniejsze. Mówi, że jego rodzinna wioska, na odległym południu. Rysuje ostatni punkt na mojej mapie, dopisuje swój numer telefonu. Albert. Mam dzwonić jakby coś stanęło na mojej drodze przez Senegal.

I tym sposobem powstał plan mojej podróży przez Senegal. Zaczynam jadąc na południe. Na początek, na rozruch turystycznym wybrzeżem, bo Senegal i Gambia wbrew pozorom są podobnie jak Kenia i Tanzania ulubionymi destynacjami wycieczek zorganizowanych. Wybrzeże obsiane jest kurortami, ale co jakiś czas znajdzie się kawałek mniej komercyjny, bardziej brudny, kolorowy, lokaleski na maksa. Wystarczy zacząć jazdę na południe lewą nogą a ominie się wszystko to co wycieczki z katalogu ze sobą niosą. Chce tak jechać i jechać by dojechać na to dalekie południe , do wioski Alberta. Taki jest plan.

W muzeum narodowym sztuka jaką lubię. Figurki uproszczone do kilku najważniejszych detali: dwie ręce, dwie nogi, głowa i dwa szpiczaste na górze to kobieta, jedno szpiczaste poniżej pasa – to mężczyzna. Cztery nogi i dwa spiczaste na głowie – to koza, bawół, krowa. No a maski to zupełnie inna kategoria. Bo chyba to jest tak, że niewiedza pobudza wyobraźnię. My już od dawna wiemy wszystko, skąd jesteśmy, a skąd są pioruny i trądzik, co dzieje się ze słońcem po zachodzie. A tutaj jeszcze do niedawna nie wszyscy wszystko wiedzieli i sobie domyślali resztę. A strach ma wielkie oczy. Te maski i stroje rytualne to świat widziany oczami przerażonego człowieka. Straszne piękno.

Podoba mi się to wszystko bardzo, chcę zrobić kilka zdjęć, nie bardzo wiem czy można. Widzę w kącie starszą panią, biała kobieta z siwą ondulacją, nie wiem dlaczego ale biorę ją za pracownika muzeum. Pytam czy można robić zdjęcia. Uśmiecha się i pyta skąd jestem. Ona jest profesorem na którymś tam uniwersytecie w USA, współpracuje z Uniwersytetem Jagiellońskim, bierze mnie za studentkę (!!!), patrzy z zachwytem na mój przybrudzony plecak i ze nostalgią na swoją grupę profesorską, życzy mi udanych wakacji:

- a odpowiadając na Twoje pytanie o możliwość robienia tutaj zdjęć, to pamiętaj o jednym: łatwiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie, więc wiesz….

Widokówki wysyłają mnie w jeszcze jedno miejsce w Dakarze. Pod Monument Odrodzenia Afryki/Niepodległości (jest to moje luźne tłumaczenie z francuskiego African Renaissance Monument), bo jest to największy pomnik, w kategorii tych do których można wejść/zwiedzić od środka i – moim zdaniem największe szkaradztwo świata. Uwielbiam wszelkie zmaterializowane szczyty ludzkiej głupoty, dumy, pychy. By śmiać się i płakać, wyciągać lekcję dla siebie. Pomnik powstał zaledwie 4 lata temu. Dzieło jest pomysłem byłego prezydenta Senegalu, który nie współpracował koncepcyjnie z żadnym artystą, tylko z rysownikiem, który wiernie odtworzył zamysł prezydencki, a ten następnie wykonano. Kosztowało to naród senegalski 30 milionów dolarów. Kiedy tylko trwa publiczna debata o dofinansowywaniu szkół, potrzebie budowania nowych szpitali, regularnie pod tym pomnikiem zbierają się pikietujący. Pomnik wysoki na 50 metrów a ze wzniesieniem na którym stoi liczący 150 metrów, przedstawia rodzinę: postawnego mężczyznę trzymającego na ramieniu malutkie dziecko oraz kobietę. Mężczyzna postury Popeya, kobieta z odsłoniętym jędrnym biustem i wydętymi ustami mają trochę za długie ręce, przykrótkawe nogi, groteskowe proporcje. Można windą wjechać na punkt widokowy mieszczący się w czapce mężczyzny. Podobno do zbudowania tego okazu ściągnięta została ekipa z Korei Północnej, bo tam znają się i wiedzą jak takie makabryły socmodernistyczne postawić.

African Renaissance Monument w Dakarze - największy pomnik i kuriozum świata (w kategorii pomników do których można wejść). kosztował 30 minlionów USD. Rocznik 2010.

W busie do Mbour jest afera. Domyślam się o co chodzi bardziej niż rozumiem, bo z moim francuskim jest bardzo słabo. A chodzi o to że zapłaciłam za bilet 500 franków a nie 300. Te rozklekotane, przerdzewiałe busiki są tutaj tak przepełnione, że kasę za bilet przekazują konduktorowi kolejni pasażerowie, podając sobie pieniądze z ręki do ręki. No i te moje 500 franków (3,60 zł) powędrowało o do kierowcy. Ja to w ogóle jestem przekonana, że to tyle ma kosztować. Po chwili ktoś tam cmoknął i zapytał kierowcy gdzie jest moja reszta. Ten coś tam coś tam. Na co w autobusie rozpętało się prawdziwe piekło. Kto za a kto przeciw. Ja z jednej strony przerażona emocjami, pokrzykiwaniami wypełniającymi busa w mojej sprawie, że te 1,40zł rozpęta senegalską wojnę domową, chcę machnąć ręką i ukrócić temat, ale z drugiej strony – przecież tutaj chodzi o zasadę. Pieniądze do mnie wracają. Spienieni pasażerowie syczą na siebie do końca podróży.

Francuskiego się szybko uczę. Pierwsza sprawdzona zasada: jak nie rozumiesz co znaczy dane słówko, spróbuj dodać H na początek. Wczoraj cały dzień starałam się dojść co to za zwierz ten jen, zwłaszcza że jak mi pokazano jest on całkiem spory, groźny i mam szansę go tutaj spotkać spacerując tak sama po lasach i sawannach. Jen nic nie mówił ale hien to już zrozumiałam.

9 odpowiedzi na „“Senegal jak z obrazka””

  1. majka! super pomysł z pocztówkami! ładny i ciekawy. czytam i nie mogę się już tej książki doczekać. tu jest zimno, a ja znowu chora. całusyyy!

Dodaj komentarz