spieszmy się zwiedzać świat

niewątpliwym plusem mieszkania na Muranowie jest sąsiedztwo pawilonów przy Jana Pawła (Warszawa), a w nich kuchnie świata – lokale duże i małe, bez nadęcia, autentyczne. niestety środowisko doskonałej konkurencji, które się wytworzyło w tym zagłębiu sprawia, że knajpy zwijają się zanim tak naprawdę zdążą się rozkręcić. niektórych mi nie żal, z plajtą innych nie mogę się pogodzić.

dzisiaj odwiedziłam Tsong Kha Momo – kuchnia tybetańska. lokal stoi pierożkami – momosami. taki Tybet pamiętam – dwa tygodnie jedzenia pierożków z mięsem jaka. tych tutaj na Muranowie nie znalazłam, podobnie brak w menu herbaty z masłem z mleka jaka. może i dobrze, bo ta herbatka prawie że mnie tam wtedy wykończyła (polecam ją wszystkim cierpiącym na zatwardzenie). nie chciałabym by ta pierożkarnia zniknęła zanim nacieszę się smakiem wszystkiego co oferuje, dlatego serdecznie ją tutaj polecam.

w lokalu na ścianie wisi wielkie zdjęcie Lhasy – stolicy Tybetu vel miasto w zachodnich Chinach. chwilę mi zajęło zanim rozpoznałam na tej fotografii to właśnie miejsce. zdjęcie jest aktualne, a ja w głowie mam Tybet z 2004 roku kiedy to nie było jeszcze pociągniętej linii kolejowej z Chin/interioru chińskiego, a zabudowa samej Lhasy bardziej przypominała osiedle kurników niż regularną miejską tkankę. i jeszcze pamiętam, że wszędzie były myszy, istne królestwo Popiela, chodziły po mnie w nocy nie pozwalając spać. do Lhasy przylecieliśmy z Rafałem rozklekotaną awionetką, wypchaną po brzegi buddyjskimi pielgrzymami, z trudem forsującą wysokie łańcuchy górskie. pielgrzymi całą drogę śpiewali pieśni religijne, za oknem dach świata – jezu jakie to było przeżycie. w Lhasie przeprowadziłam swoją najskuteczniejszą kampanię reklamową. szukaliśmy chętnych, którzy z nami wynajmą jeepa z przewodnikiem i przejadą zwiedzając cały Tybet, wdrapią się do pierwszej bazy pod Mt Everestem i zjadą do Nepalu. we wszystkich motelach, hostelach i hotelach porozklejałam plakaciki własnej roboty informujące co i jak i gdzie nas znaleźć, by pogadać o szczegółach. znalazł się student z Kanady, profesor Uniwersytetu Cambridge badający kulturę Tybetu i jego języki oraz Szwed – jak się okazało – szaleniec, który w połowie drogi zmienił zdanie i wymyślił, że wraca pieszo spod Mt Everestu do Lhasy i że potrzebuje do tego mieć ze sobą 26 litrów wody. zbierał wszystkie plastykowe butelki, które się napatoczyły.
całe dnie jechaliśmy na przełaj przez płaskowyż, zajeżdżając na kolejne noclegi do wiosek. nigdy i nigdzie później nie widziałam tak gwieździstego nieba: wysokość, doskonale przejrzyste powietrze i brak elektryczności/światła składały się na te laboratoryjne warunki. Tybet z moich wspomnień do buddyjski spokój, prostota i pokora, dosłownie i przenośni. Miejsce, które się zatrzymało i które kazało każdemu zwolnić, w którym nie było nic poza strawą dla ducha i najpiękniejszymi widokami świata, ilość bodźców ograniczona do przyswajalnej wiązki.

Lhasę na fotografii rozpoznałam tylko dzięki Pałacowi Potala, który teraz wygląda jak Świątynia Opatrzności otoczona zwartą, symetryczną zabudową Miasteczka Wilanów. Lhasa jaką pamiętam potrzebowała zmian, wyrywała się do przodu, goniła świat. potrzebowała szpitali, szkół, inwestycji. jedni chcieli by pozostała żywym skansenem, drudzy by była dumą Chin. nie spotkali się w połowie drogi, zaorali, zalali betonem.

moje wspomnienie Tybetu jest tak mocne i wyraźnie i tak różne od tego co wykoncypowałam z fotografii, że chcąc je w sobie zatrzymać, do Tybetu nie mogę już wrócić. i to jest w sumie smutne.

10 odpowiedzi na „“spieszmy się zwiedzać świat””

Odpowiedz na „Paula