tak to się robi samemu w Zimbabwe

Do Bulawayo docieram nocą, łapię taxi by zawiozła mnie pod konkretny adres, do kolejnego couchsurfera, który mnie przygarnia na następne 3 dni. nie wiem, może czegoś na profilu Adama nie doczytałam, albo w zasadzie mi było już wszystko jedno gdzie i jak mieszka, bo to gdzie wylądowałam nie mieści się w żadnych nawet najbardziej śmiałych wyobrażeniach o kanapie dla strudzonego podróżnika. Samochód zajeżdża do jednej z posiadłości na peryferiach miasta. Wysoki mur i drut kolczasty. Brama wjazdowa. Znajduję dzwonek, zapala się światło w najbliższym budynku, wychodzi gosposia z młodym chłopakiem. Serdecznie mnie witają i prowadzą do mojego domu. Tak domu, nie pokoju. Młodzieniec niesie moje wszystkie bagaże. Idziemy, wzrokiem nie mogę ogarnąć całej posesji. Wiktoriańskie domy, domeczki, stróżówki, basen, kort tenisowy. Wchodzimy do domu a tam Pożegnanie z Afryką: antyki, kufry, trofea, stare zdjęcia z polowań na słonie, ciężkie fotele, wielkie stoły, porcelana , srebra, słomkowy kapelusz do wyjścia do ogrodu, bujawka na patio, żeliwny biały stolik z krzesłami w ogrodzie.

Gosposia – mała, leciwa acz obrotna Murzynka, pokazuje mi mój pokój, mam dla siebie jedną z 4 sypialni na piętrze. Łoże z moskitierą, komoda, turecki dywan, kominek, okna na ogród. Stoję chwilę i w głowie to wszystko sobie układam. Jest filmowo, jak zabawa w złote czasy kolonii brytyjskiej. Błądzę chwilę po pustych pokojach, przypominam sobie, że nie zapytałam o hasło do Internetu. Wychodzę z domu i w poszukiwaniu gosposi, pukam do najbliższego budynku. Wchodzę i już mi słabo, bo widzę w co wdepnęłam i wiem, że nie ma odwrotu. Dom ewidentnie należy do babci – seniorki rodu. Ona sama siedzi już w piżamie i bonżurce w fotelu przy wieczornym kieliszku czerwonego wina i ogląda TV. Wystrój domu jak z brytyjskiej edycji gazety „Moja weranda”. Babcia patrzy na mnie zdumiona, że kim ja i co ja tutaj. Uprzejmie się kłaniam, witam i wyjaśniam że jestem couchsurferem i potrzebuję hasła do WiFi. Dobrze wiem że babcia nie zrozumiała ani słowa, ale z angielską kurtuazją serdecznie mnie wita i przeprasza że nie może pomóc. Wracam do siebie, gdzie znajduję gosposię. Czeka, bo musi zamknąć za mną bramę. I faktycznie dopiero teraz zauważam, że klatka schodowa wewnątrz domu przedzielona jest wielką kratą zabezpieczającą, odcinającą drogę na pierwsze piętro do sypialni. Solidna robota jak ogrodzenie w terrarium dla słonia. To dla bezpieczeństwa, podobno włamywacze i porywacze są bezwzględni.

Rano zastaję w jadalni jedno nakrycie, pod portretem królowej Elżbiety, przy stole dla dwunastu osób. Ciężkie srebrne sztućce, świeczniki, serwetka, szklanki, szklaneczki, filiżaneczki. W drzwiach już stoi gosposia z tacą i kompletem dzbanuszków z poranną herbatą, mleczkiem i wrzątkiem. Czyli jednak to wszystko mi się nie śniło. Przeżuwam śniadanie obserwowana przez wszystkich przodków ze zdjęć na ścianach. Podobno Pani Babcia chce mnie widzieć po śniadaniu, Adam pojechał już do pracy.
Pani Babcia wita mnie znowu serdecznie, sadza na kanapie w kwiecisty deseń, woła na Margaret by podała kawę. Pyta czy gram w brydża, dzisiaj jak co tydzień ma u siebie karciane spotkanie, może dołączę. Nie gram? Ile mam lat? To najwyższa pora zacząć grywać. Margaret przyrządza wyborne kanapeczki. Jakie mam plany na dzisiaj? Bardzo mnie przeprasza, ale rodzina zabroniła jej już prowadzić samochód, chętnie zaoferowałaby mi podwiezienie do miasta. Czy wpadnę do niej wieczorem z Adamem na drinka?
Wychodząc kątem oka widzę tacę nakrytą dla jednej osoby, pewnie już na obiad dla babci, a na niej srebrna zastawa, po trzy noże, dwa widelce, łyżeczka łyżeczunia i … dzwoneczek do przywoływania Margaret.
Zamyka się za mną brama i znowu jestem na zwykłej afrykańskiej miejskiej ulicy. Tutaj dopiero tak naprawdę zaczyna się moje podróżowanie. Plan jest taki by zobaczyć jakoś Park Narodowy Matopo
Tutaj tak naprawdę zaczęło się moje podróżowanie.

- jak Pani chce zobaczyć park, nie mając samochodu?

- no właśnie, jak mogę zobaczyć park nie mając samochodu?

I tak przecierałam szlak idąc, łapiąc stopa, jadąc commuter taxi, będąc zgarniana z ulicy przez białych lokalesów. Byle dalej. Spanie dała mi właścicielka eleganckiej lodge, zaraz przy granicy z parkiem. Chciałam tak naprawdę rozbić tam namiot, ale popatrzyła tylko na mnie i przyznała że jestem jedynym turystą tutaj od długich tygodni, chatki stoją puste więc w tej samej cenie mogę w jednej z nich zamieszkać. Rano zaczęłam iść pieszo przez park narodowy, pamiętając zasłyszane kiedyś rady od pewnego surwiwalowca. Musisz robić sporo hałasu idąc, by zwierzęta cię usłyszały i zeszły ci z drogi, najlepiej śpiewaj głośno, by nie pomyliły cię z jakimś innym zwierzęciem. Tak więc przypięłam karabińczyk do bidona z wodą, dzwoniłam jak owca na pastwisku. Szłam i śpiewałam trochę kolęd, trochę Beyonce. Zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód i podwiózł mnie kolejne parę kilometrów. Potem znowu musiałam iść do głównej siedziby rangersów. Gdy mnie zobaczyli, zapytali z niedowierzaniem czy ja tutaj przyszłam czy z nieba spadłam. Podwieźli mnie do punktu kontrolnego przez który muszą przejechać wszystkie samochody w parku. Tam wymoszczono mi miejscówkę w souvenir shopie, trochę poleżałam z książką pomiędzy maskami i drewnianymi łyżkami. Trzeci samochód zabrał mnie ze sobą na całodniową fantastyczną wycieczkę po parku, włącznie z trzygodzinnym tropieniem nosorożca i zobaczeniu go na własne oczy w ostatniej chwili tuż przed zamknięciem parku.

Tak to się robi samemu w Zimbabwe.

Dodaj komentarz