Wodospad Wiktorii bez wody to spad Wiktorii

Pociąg z Bulawayo do Victoria Falls nie ma dobrej opinii. Zamiast 12 godzin jedzie zwykle przeszło 18. z pierwszymi promieniami słońca zamienia się w piekarnik na kółkach. Nieważne, ważne że trasa pociągu biegnie przez największy park narodowy i tym samym mam coś na kształt train safari. antylopy, szkielety potrąconych kiedyś przez pociąg słoni, zebry.

W mieście Vistoria Falls spotykam tak naprawdę pierwszych turystów. Niektórzy do Zimbabwe przyjeżdżają tylko dla wodospadu. Jak człowiek z biletem w ręce udaję się się oznakowaną alejką do punktu widokowego by podziwiać ten jeden z siedmiu cudów świata. Idę a tam… nic. Koniec pory suchej i zamiast spektakularnego największego na świecie wodospadu, prawie dwu kilometrowej ściany wody jest kilka cieków wodnych. Jakby co najmniej gdzieś trzeba było wrzucić piątaka by szopka zagrała.

Rozbijam namiot przy hostelu, biorę rower i ruszam na objazd okolicy. I to jest najfajniejsza część pobytu tutaj. Trafiam na rozlewisko Zambezi, gdzie lokalesi moczą się jak bawoły wodne, piknikują, szorują chodniczki samochodowe. Potem jeszcze zapuszczam się w jakieś polne drogi, niespecjalnie daleko, ale zawracam gdy tylko spotykam słonia. Takiego najprawdziwszego, sztuk jeden. Przy drodze stoi i skubie drzewo.

W supersamie gdzie między innymi można dostać półmetrowe kostki szarego mydła, dokupuję emaliowaną misję i kubek oraz trochę jedzenia w puszkach, bo jutro z namiotem ruszam do Parku Narodowego Hwange do głównego campu, poinstruowana co i jak przez kibicujących mi tutaj przewodników i rangersów.

Dodaj komentarz